Zapyziałe Krainy, odc. 1 – We Własnych Celach; odc. 2 – Co tu się…?!

Oto skrócony zapis pierwszej przygody w Zapyziałych Krainach, która potrzebowała dwóch spotkań by ja w pełni rozegrać. Napisany na długo po rozegraniu, więc ograniczę się do zarysu akcji, ponieważ nie ma wuja we chsi że sobie przypomnę kto co konkretnie zrobił.

Odc. 1: We Własnych Celach

Słońce zachodziło powoli nad puszczą Neverwinter, gdy Berrian, elfi mag z większą liczbą przeszłości, niż wydaje się odpowiednia dla jednej osoby ocknął się leżąc na czymś zdecydowanie twardszym, niż łózko, za które zapłacił… jak dawno temu, tak właściwie?

Tak rozpoczęła się pierwsza sesja Mongwardowej przygody z prowadzeniem, bezczelnie wykorzystując informacje, którymi gracz prowadzący Berriana (ten wpis jest zgodny z RODO) podzielił się z nami przy okazji poprzedniej minikampanii. Mianowicie: świadomość Berriana zwykła podróżować między wymiarami, czasem będąc w Greyhawku, czasem w Tarth (Evernight), teraz znowuż w Zapomnianych Krainach.

Ostatnim, co pamiętasz jest Narvi zamykający wam wrota przed nosem, ze słowami „To był tylko biznes” i orkowy topór opadajacy na twoją głowę. – wspomnienia ostatnich chwil z Tarth (konfabulacja na potrzeby przygody, w samej grze nic takiego się nie stało. Wiem, bo ja grałem Narvim) zaatakowały Berriana, do końca rozpraszając otumanienie.

Jak się okazało, znajdował się w celi, razem z kilkorgiem postaci, z czego jedna, znajomy mu półork Gibo był przykuty do ściany poza celą. Oprócz półorka elf rozpoznał także Rillę, niziołczą łotrzycę. Pozostałych dwóch postaci, smukłego elfa oraz krasnoluda wyglądającego ponuro nawet jak na swój gatunek nie rozpoznawał, jednak szybko nadszedł czas na przedstawianie się sobie nawzajem, ponieważ wszyscy się po niedługiej chwili obudzili.

Chociaż Berrian wydawał się odczuć ulgę na widok Rilli i Gibo, był w tym odosobniony, ponieważ ta nierozłączna dwójka nie miała pojęcia, kim jest ten dziwnie wysoki elf, który się do nich zwraca po imieniu. Miało to swoje dobre strony, ponieważ pozwoliło Berrianowi się zorientować, że znowu przeskoczył w nowe miejsce.

Krasnolud przedstawił się jako Baldrick, natomiast elf jako Erewan. W piątkę udało im się ustalić wspólną wersję wydarzeń, wypełniając wzajemnie luki w pamięci.

Jak się okazało wszyscy padli ofiarą bardzo kiepskiego kucharza i znacznie lepszego truciciela podczas pobytu w karczmie, do której zajrzeli każdy w swoim własnym celu. Komu ciężkostrawnej szkodliwej wieprzowinki było mało, to dostał jeszcze po ryju, żeby się smaczniej spało.

Po tych ustaleniach, nie mieli dużo czasu na rozważania co czynić dalej, ponieważ w dalszej części czegoś, co ewidentnie było aresztem coś zaczęło się dziać. Kilkanaście metrów dalej słychać było zgrzyt podnoszącej się kraty oraz zgrzyt otwierających się skrzyń, po którym z aresztu wybiegło na zewnątrz kilka osób. Zaintrygowani tym, co się dzieje, bohaterowie zasięgnęli języka u więźniów z sąsiedniej celi, a konkretnie starszego mężczyzny w szatach kapłańskich.

Przedstawił się jako Vordias, kapłan Ioun i „nadworny” kapłan lokalnego lorda, Thanodara (Baldrick przypomniał sobie, że Thanodar swego czasu zasłużył się mocno władcy Neverwinter, za co otrzymał w nagrodę emeryturę i ufortyfikowane włości). Dalsza rozmowa wyjaśniła, że za całe zamieszanie odpowiada Zargoth z Trax, były akolita Vordiasa. Chłopakowi coś strzeliło do łba i aby przypodobać się lordowi zaczął zgłębiać wiedzę, która nie mogła przecież pochodzić od bogów?

Szkodniki w natarciu.

Dalszą konwersację przerwało poruszenie w postaci wtargnięcia grupki goblinów i koboldów do aresztu, sądząc po zakrwawionej broni: ewidentnie po trupach domniemanych strażników. Widząc, że pierwsza cela jest pusta, gobliny w szorstkich słowach kazały koboldom zająć się otwieraniem drugiej, w której znajdował się między innymi Vordias.

Widząc co się dzieje, nasi bohaterowie rzucili się do otwierania skrzyń, co po kilku próbach w końcu udało się zrobić, natomiast Gibo się nie obijał, tylko wytężył siły i spróbował zerwać okowy. Łańcuch okazał się mocniejszy od ściany, dzięki czemu półork zdobył broń improwizowaną w postaci cegły na łańcuchu. Jak się okazało: bardzo skuteczną.

Po kilku dłuższych chwilach dekapitacji za pomocą cegły i kooperatywnego wyciągania ekwipunku z zaskakująco głębokich skrzyń, grupie udało się powstrzymać napastników zanim zdążyli się dobrać do obecnych w sąsiedniej celi osób.

Chłopi uciekli, ale Vordias, jak się okazało, miał przecięte ścięgna. Problem minimalny, rozwiązany chętnie przez Gibo, który z chęcią zaadaptował starego kapłana do roli plecaka z wbudowaną funkcją leczenia.

Problemy w stumilowym lesie

Po przeszukaniu trupów grupa wyszła na zewnątrz i zobaczyła, że znajdują się w ruinach jakiejś bliżej nieokreślonej murowanej struktury, która od bardzo dawna nie widziała czegokolwiek przypominającego dobre czasy. Dookoła znajdowało się kilka trupów goblinów, koboldów i strażników, po obrabowaniu których drużyna logicznie stwierdziła, że nie ma po co spędzać tam więcej czasu.

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie niewielka bariera ochraniająca teren. Ups. Drużyna (czy można ich już tak nazywać? Dla uproszczenia mojej własnej roboty stwierdzę, że tak) nie miała czasu się nad tym zastanawiać, ponieważ z oddali usłyszeli przeraźliwy okrzyk i ruszyli sprawdzić co się stało.

A co się miało stać? Ostatni z chłopów, którzy uciekli z celi został zaciukany. Po rozsądnym zwiadzie i naprawdę niepokojących rzutach ekipie udało się wyeliminować obóz goblinów, zdobyć garść informacji (których jeszcze nie mieli z czym połączyć) i kilka kilo ekwipunku obmacanego przez zielonoskóre łapki.

Korzystając z już rozpalonego ogniska i oczyszczonego terenu, drużyna postanowiła chwilkę odsapnąć po tych wszystkich atrakcjach.

Odc. 2: Co tu się…?!

Po odetchnięciu przez wspomnianą chwilkę, drużyna ruszyła w drogę w stronę źródła, z którego unosiła się bariera. Zanim się tam znaleźli, usłyszeli odgłosy walki, która zdecydowanie nie szła po myśli goblinów.

Była to zasługa Eurona, diabelskiego druida, który również znalazł się w obszarze ograniczonym barierą. Widząc korzyści płynące z potencjalnej przewagi liczebnej bohaterowie połączyli siły i teraz już w szóstkę+kapłan ruszyli w dalszą drogę.

Szybko dotarli do ruin strażnicy z dawnych czasów, gdy handel z krasnoludzką cytadelą Gauntlgrym miał się znacznie lepiej, uzasadniając postawienie posterunku i powstanie osady, przez której ruiny grupa musiała przejść. W centrum fortyfikacji znaleźli niewielką świątynię, jednak, jak zorientował się Berrian, drzwi były zabezpieczone pomniejszą pieczęcią magiczną zaprojektowaną w ten sposób, by odpowiadała na konkretny klucz.

Pamiętacie garść informacji? Wtedy bohaterowie dowiedzieli się, że wódz bandy goblinów biegającej po okolicy znalazł na jednym ze strażników brzęczącą błyskotkę. Czas zapolować na gobliny!

Z tropicielskimi talentami Eurona oraz Erewana szybko udało się znaleźć obozowisko, w którym siedział gobboss i pozbyć się większości z jego pożal się Pelorze świty. Wśród dobytku faktycznie miał przy sobie klejnot, którego kompatybilność z pieczęcią na drzwiach świątyni została szybko potwierdzona przez elfiego maga.

Świątynna draka

Powrót do miejsca kultu nie zajął wiele czasu, a drzwi tym razem otworzyły się bez problemu. W środku w nawie głównej widać było resztki posągu, któremu czas i inne siły zewnętrzne zatarły rysy.

Przechodząc przez drzwi za posągiem drużyna przeszła do niewielkiego korytarza, z którego jedna odnoga prowadziła do komnaty sypialnej akolitów, a na wprost kolejne drzwi musiały prowadzić do prowodyra całej awantury, Zargotha z Trax.

I faktycznie prowadziły.

Mężczyzna stał przy ołtarzu przy ścianie naprzeciwko drzwi, w kątach pomieszczenia wymęczeni akolici odprawiali modły nad żarnikami, w których płonął magiczny ogień, a w centrum wszystkiego był iskrzący się magiczną energią krąg, który Berrian zidentyfikował jako krąg przywołań.

Okazało się, że Zargoth dostał wiedzę jak przywołać spoza Pierwszej Materialnej istotę, która obiecała, że przywróci do życia córkę lorda Thanodara, co od początku było celem tego biednego frajera Zargotha.

Żarniki podtrzymywały barierę, świece podtrzymywały krąg, Zargoth podtrzymywał spodnie.

To ostatnie nie jest prawdą, chociaż po pierwszym użyciu zaklęcia Pocisku Inspiracji (Guiding Bolt) na Gibo Zargoth przeszedł do defensywy używając na sobie Saktuarium.

Drużyna szybko pozbyła się żarników zaburzając koncentrację akolitów je podtrzymujących, oraz świec, a Baldrick zadał Zargothowi ostateczny cios swoim paladyńsko-krasnoludzkim młotem, wbijając głowę obłąkanego kapłana między żebra.

Szybki zwiad w komnacie wskazał ukryty pokój, w którym udało się odnaleźć część dobytku odebranego więźniom, którzy mieli stanowić ofiarę dla istoty przywoływanej przez kapłana.

Na tym zakończyła się pierwsza przygoda. Co było dalej? Kto zginął, kto przeżył? Czy Mongward wymyślił coś bardziej oryginalnego? Jeśli zbiorę się do spisania przebiegu drugiej przygody, to się zbiorę.

Toodles.

Reklamy
%d blogerów lubi to: