Dodaj komentarz

Bramy Fioletu – egzekucja tomu drugiego Bram Światłości

Z cyklem anielskim Mai Lidii Kossakowskiej znamy się od lat, dobrą dekadę, kiedy to dorwałem w swoje kosmate łapska Siewcę Wiatru. Podobało mi się, chociaż pewnie mógłbym to złożyć na karb bycia młodszym i głupszym. Nie chcę sprawdzać. Zbiór opowiadań Żarna Niebios także przypadł mi niegdyś do gustu.

Kiedy na rynku pojawiła się najpierw pierwsza a potem jeszcze druga część Zbieracza Burz z radością sprzedałem te książki, bo zaczęła się w nich już jazda bez trzymanki jeśli chodzi o to, jak Kossakowska budowała postacie.

Ale święci z Bostonu, Bramy Światłości pokazały mi, że jednakowe postacie które da się rozróżnić tylko wtedy, gdy ktoś (narrator, inne postacie) odnoszą się do nich po imieniu to pikuś.

Moi drodzy, tom drugi Bram Światłości, rozwleczonej na trzy albo więcej tomów powieści podróżniczej jest jak czytanie opowiadań z późnego gimnazjum, do których nikt zazwyczaj nie chce się przyznawać.

Będą spoilery.

Nie biorę zazwyczaj na warsztat książek, ponieważ nie czuję się na siłach recenzować literatury. Ale to nie jest recenzja. To jest duchowy spadkobierca mojego znęcania się nad filmowym Hobbitem.

Postacie

Zacznijmy od tego, że klasycznie postaciom brakuje czegoś, co by je wyróżniało. Wszystkie właściwie mówią w tym samym stylu, wyjąwszy może trzy: Matariśwana – narwanego i ewidentnie napalonego ochroniarza, który bełkocze do siebie o zniewagach i zemstach, jednookiego duszka, który bredzi gwarą ni to śląską, ni pijacką, oraz kapłana jednego z bóstw napotykanych po drodze, który przyjmuje służalczą, oficjalną modłę.

Ale główne postacie? Po co? Abaddon i Lucyfer funkcjonalnie różnią się tym, że jeden z nich nie jest teoretycznie martwy i obity przez niepowodzenia, Razjel Pan Tajemnic równie dobrze mógłby się wtopić w tłum żołnierzy, a Gabriel, w tych kilku zdaniach jakie w tym tomie wypowiada nijak nie daje po sobie poznać, że jest Regentem Królestwa.

Oczywiście to się pokrywa z trwającym od Zbieracza Burz co najmniej motywie „wszyscy aniołowie to skończeni debile o stabilności emocjonalnej nabuzowanego hormonami nastolatka”. W pierwszym tomie Bram zapiekła niechęć Abaddona do Razjela (wywołana spektakularnymi przebłyskami debilizmu w Zbieraczu Burz) kończy się w pięć minut i wrogo nastawieni do siebie aniołowie w prawdziwie polskim stylu przebaczają sobie wszystko nad butelką z procentami. W tym tomie z każdej strony mamy do czynienia z „jak to ja nie mogę? Potrzymaj mi piwo” co wielokrotnie prowadzi do większego skomplikowania sytuacji. Antyczny demon Belial rządzący kawałkiem Otchłani ma tak naprawdę miękkie serduszko i napady depresji opisane w taki sposób, że zęby zgrzytają.

I mowa tu nadal o aniołach i demonach, które istnieją od tysiącleci albo i dłużej, chociaż można o tym łatwo zapomnieć, bo kiedy wszyscy są super, to nikt nie jest super. Bardzo szybko się okazuje, że bycie „Tańczącym na Zgliszczach” albo „Imperatorem Otchłani” oznacza tylko tyle, że umie się troszeczkę lepiej bić. Abaddon całą książkę spędza z obtłuczonymi żebrami, napuchniętą ręką, bólem głowy, „meduzą bólu” w klatce piersiowej… To jest imponujące kiedy w filmach robią to Bruce Willis albo Mel Gibson albo w beletrystyce Harry Dresden, ale u potężnych pół-umarłych aniołów jest to zwyczajnie śmieszne.

Gdyby nie przypominanie co jakiś czas, jaki to on nie jest wspaniały i potężny można by odnieść wrażenie, że cała ekspedycja składa się ze zwyczajnych ludzi z kapką magii, bo aniołowie nawet nie są w stanie latać, ponieważ gdyby mogli to cała fabuła skończyłaby się w czterech rozdziałach.

Sam Razjel, najlepszy czarnoksiężnik we wszechświecie też jest psu na budę zdatny, bo nie dość, ze jego zaklęcie transformacji „wygasa” i rzucenie go od nowa „wymagałoby długich i głośnych rytuałów”, to jeszcze ma niestrawność po wlasnej miksturze przedłużającej działanie rzeczonego zaklęcia. Jego pomysł jak pomóc Belialowi w depresji to podanie mu magicznej mikstury rozweselającej.

Jeden plus jest taki, że podstawowa ekipa jest podzielona, więc nikt sobie nie Misiuje-Gabrysiuje w każdym dialogu. Hurra?

Książka właściwie sama najlepiej podsumowuje swoją fabułę i postacie, nie jestem pewien, czy świadomie.

29354460_1655130874524802_2138897509894276096_o

Raporty czytane przez Lucyfera, czy recenzja Bram Światłości na lubimyczytać? Kto zgadnie?

Styl

Istnieje w anglojęzycznej krytyce literackiej pojęcie „purple prose”. Tekstów tak bardzo silących się na oryginalność i poetyckość, że tracą wszelkie znaczenie i zaczynają brzmieć jak bełkot.

To jest dobre podsumowanie stylu w jakim napisane są Bramy Światłości. Mam dowody zdjęciowe na część kwiatków sadzonych przez autorkę, ponieważ nie wpadłem na to, by je wcześniej dokumentować, a nie chcę (naprawdę nie chcę…) się przez to przebijać od początku, ale wydaje mi się, że to dobrze pokaże, dlaczego nie da się tej książki traktować jako ani zredagowanej, ani pisanej z szacunkiem dla kogokolwiek.

Kossakowska z uporem maniaka każe swoim aniołom sadzić porównaniami do naszej ludzkiej codzienności, czy to hydrantów, czy truskawek, czy nawet wrotek. Nie muszę chyba wyjaśniać jak to działa na pseudomistyczny klimat podróży aniołów przez mityczne krainy. Tym bardziej, że te porównania lubi wsadzać w najgorszych możliwych momentach, kiedy próbuje opisać coś groźnego, ponurego, mrocznego, nawet strasznego.

Spójrzcie sami na cytat, który rozpoczął moje upamiętnianie zdjęciem kloców stylistycznych rozsianych po tej powieści.

20180401_123309

Mmmm, deserek.

Oczy wyglądały jak polane polewą wiśniową kulki Rafaello wciśnięte w truskawkową galaretkę. Zakrwawione ręce przypominały rurki z kremem zanurzone w czerwonej farbie. Oblana posoką skórzana kurtka wyglądała jak weteran obchodów Festiwalu Kolorów na którym dostępny był tylko czerwony barwnik.

Przecież nic nie tworzy takiego uczucia grozy i nie przekazuje przerażenia innych osób jak napisane o budyniu.  To chyba jeszcze Hitchcock o tym pisał, że gdyby tworzył filmy w kolorze, to niebo w Ptakach wyglądałoby jak wiśniowy deser rozlany na nieboskłonie.

Żeby nie było, że to jeden taki numer, jakiś czas później Kossakowska w lubością opisuje scenę ataku olbrzymiego cienistego psa Xolotla (w tym tomie postanowiła zabrać bohaterów na wycieczkę po krainach zasiedlonych przez bóstwa ze Środkowej i Południowej Ameryki). Krew się leje, bestia wygląda doprawdy strasznie, utkana z mroku i dymu, cała ekspedycja w panice. Bardzo wyrazisty opis śmierci jednej z grupek przekazuje to bardzo dobrze.

20180401_114109

Mmmm, truskawki.

Ja rozumiem, że żywot osób zbierających truskawki jest bolesny i spalony słońcem, ale nie jestem pewien, czy to czyni powyższe porównanie odpowiednim dla sceny w której mityczny potwór z lasu zabija członków załogi. Równie dobrze można napisać, że np. Abaddon przywalił bestii niczym Brawurka Mojo-Jojo.

Pomijam już fakt, że jeśli tak zbiera truskawki jak pożera tragarzy i Marutów, to długo tej fuchy nie będzie miał. Coś mimo wszystko musi do koszyka trafić, Xolotl. Nie możesz wszystkiego zjadać.

Innym przykładem porównania, które robi wszystko co może aby tylko wyrwać czytelnika z lektury aby mógł się pośmiać pojawia się niedługo potem.

20180401_122252

Cyrk na kółkach.

Teraz już wiecie. Skupienie mediów na tych podłych cyklistach tylko odwraca uwagę od oszołomów na wrotkach, tych piratów chodników, berserkerów deptaków i promenad. Strzeżcie się, albowiem wrotkarskie oddziały śmierci tylko czekają na chwilę słabości.

Kossakowska dzieli się także innym, bardzo wulgarnym określeniem na tych zbrodniarzy bez sumienia i ochraniaczy.

20180401_113135

NSFW, 18+

Wstrętnym ananasem, gagatkiem bez zębów, szczerbatym obszczymurkiem, wredną mendą, nieznośnym ancymonem. Każdy kto by na ciebie spojrzał myślałby „a to ci dopiero nicpoń, łobuz, rzekłbym wręcz

lotr jeden

Szelma bezprecedensowa.

Nie wiem, jakim cudem taki wstrętny wulgaryzm został w ogóle puszczony do druku przez Fabrykę Słów, ale być może nie powinno mnie to tak bardzo dziwić, kiedy trafiają się np. takie kwiatki, jak poniższy.

29354333_1654951281209428_3719439156511460881_o

Nie da się zaprzeczyć, że ma to sens.

Przy kolejnym spojrzeniu na ten fragment zacząłem się zastanawiać, czy Światłość wyznaczyła granice w celu pozyskiwania jeńców i przeprowadzania zbrojnych napaści. Prawdopodobnie jest to jednak wtopa kogoś, komu zapłacono za przeczytanie tej książki przed puszczeniem do druku. Mocno współczuję, ale ja nawet za darmo to zauważyłem, więc coś jest nie tak.

Korekta merytoryczna też by się przydała, zwłaszcza w jednym fragmencie, który wpadł mi w oko pod koniec powieści.

29749960_1656928671011689_9093684186313653633_o

Też bym się przestraszył.

Zaiste, magia byłaby potrzebna do spreparowania źrenic, ponieważ jak mówi moja szczątkowa wiedza anatomiczna wsparta dla pewności spojrzeniem na Wikipedię źrenice to nie czarne kulki w oczach tylko otwory w tęczówce. Ciekawe, czy bóstwa dentystów noszą przy pasie podzwaniające magicznie spreparowane dziury w zębach.

Autorka ma zresztą coś do oczu (albo z oczami, vide fragment o zbrojnych napaściach). W fragmencie opisującym spotkanie Razjela (cierpiącego na egzystencjalną nudę w Otchłani) z szefem piekielnej bezpieki dowiadujemy się jak wyglądają ślepia rzeczonego demona.

20180330_183733

Czy te oczy mogą mrugać?

Pomijając już poruszoną wyżej kwestię tego, że źrenice to dziurki, a nie coś fizycznie istniejącego, to w jaki sposób coś było przyszpilone do oczodołów? Czy to w ogóle zdrowe? Co z postrzeganiem głębi? Pole widzenia też do kitu. Nic dziwnego, że skubaniec ciągle wkurzony.

Problemy zdrowotne istot wyższych się tutaj nie skończyły, niestety. Niczym ofiary celebrytów reklamujących kawową lewatywę dla zdrowia, aniołowie Lucyfer oraz Abaddon nie są nawet świadomi tego, że Światłość ich oszukała jesli chodzi o wytrzymałość ich własnych organizmów.

20180401_112607

To w końcu jak?

Albo bez szwanku, albo brak pożywienia nadszarpuje ich siły. „Mogę wytrzymać bez jedzenia całymi tygodniami, ale jak czegoś zaraz nie zjem, to padnę”. To coś, co ja mówię, i nigdy na serio. Niby mała, ale jednak niekonsekwencja, chyba, że to takiego machismo, że co to nie oni, ale jak się ktoś odwróci to łka smętnie z cierpienia.

Z innych rzeczy, które mimo wszystko dobrze byłoby, gdyby ktoś wyłapał, kwestie zdolności językowych Abaddona.

29664754_1655338767837346_8250000776413290814_o

Wow, aż siedemdziesiąt?

Wedle pewnych szacunków języków jakie rozróżnia się na Ziemi jest prawie siedem tysięcy, zarówno żywych jak i martwych. Abaddon czuje wielką dumę, że po tysiącleciach istnienia zna dosłownie jeden procent z nich. Nieco dalej nie potrafi nawet odróżnić portugalskiego od hiszpańskiego (co też jest…złe że bóstwa w pseudo-Azteckiej dżungli znają portugalski na wyrywki). Nie byłoby może to takie złe, gdyby nie to, że w innym fragmencie jest jasno napisane, że Razjel magicznie dał mu pewną znajomość języków, a inny fragment mówi coś takiego:

A raczej temu jednemu procentowi. Według Wikipedii w samej Europie funkcjonują 24 języki oficjalne, nie licząc tych ludności napływowej i grup etnicznych, które nie pełnią funkcji oficjalnej. „Ponad siedemdziesiąt języków” brzmi zwyczajnie śmiesznie, nawet jeśli weźmie się pod uwagę, że z Abaddona lepszy żołnierz niż posłaniec.

Na tym chyba skończę pastwienie się nad style, bo co ciekawsze fragmenty już wykorzystałem, a nie chce mi się wertować książki szukając tych, którym z różnych przyczyn nie zrobiłem zdjęcia.

Krótko o narracji

Nie wiem, czy to skutek uboczny kwiecistej prozy, czy prób pokazania swojego researchu (książka zawiera słowniczek postaci i miejsc, ale kiedy losowo otworzona definicja stwierdziła, że axolotl to ryba to wolałem się nie zagłębiać), ale powieść jest niewiarygodnie wręcz rozwlekła.

Kiedy ekspedycja nie przeskakuje tygodni za jednym zamachem, to wydaje się stać w miejscu. Przez ponad połowę powieści i chyba ze dwa tygodnie Abaddon jest oddzielony od wyprawy (przez własną głupotę), ale pod koniec i tak się z nią rozmija w stopniu porównywalnym ze spóźnieniem się na autobus o piętnaście sekund. Tomiszcze ma około pięciuset stron narracji, ale w tym czasie dzieje się tak naprawdę bardzo niewiele. Gdyby Verne pisał tak rozwlekle, to W 80 dni dookoła świata byłoby ostatecznej grubości Archiwum Burzowego Światła Brandona Sandersona. I fajnie, gdyby nie to, że książka byłaby o połowę cieńsza, gdyby Kossakowska zaadoptowała konkretny, bardzo jasny i komunikatywny styl BS. Zamiast tego mamy akapity plączące się w kółko, wątki, które do niczego nie prowadzą, w imię czego? Pychy Cezara?

Kacie, czyń swą powinność

Bramy Światłości, tom 2 to jest jedna z tych książek, które w najlepszym wypadku można opisać jako guilty pleasure. To takie Lady in the Water polskiej fantastyki – nie da się tego czytać nieironicznie, ale jest świetne jeśli potrzebuje się akurat czegoś, co nie jest komedią, ale i tak nieziemsko śmieszy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: