Dodaj komentarz

Filmifikacje gier – po co to komu.

Do wpisu zainspirował mnie zwiastun najnowszego filmu na podstawie gier of Agencie 47. Jak ktoś nie widział, a ma ochotę, zapraszam pod ten LINK. Zainspirował mnie konkretnie do zastanowienia się, co siedzi w głowach ludzi, którzy dają filmom zielone światło.

Nie od dziś wiadomo, że filmy na podstawie gier to porażki. Nieważne, czy robi je Uwe Boll czy ktokolwiek inny. Nieważne, czy gra w nich Mark Walhberg (Max Payne) czy Karl Urban (Doom) czy Jason Statham, Ron Perlman i John Rhys-Davies (In the Name of the King: A Dungeon Siege Tale). Nieważne, czy są ekranizacjami gry o której słyszeli nawet emeryci (Super Mario Bros). Filmy na podstawie gier to porażki.

Jeśli kogoś interesują zestawienia z Rotten Tomatoes albo Metacritic, to pod tym linkiem mają zestawienie filmów na podstawie gier. W wersji tl;dr – dla Metacritic najlepszy jest Mortal Kombat z punktacją 58\100, natomiast dla Rotten Tomatoes rządzi Prince of Persia: The Sand of Time z oszałamiającymi 38 procentami pozytywnych recenzji. Celowo pominąłem FInal Fantasy: Spirits Within ponieważ to animacja robiona przede wszystkim na japoński rynek, więc nie do końca się wpisuje w zachodnie standardy. Ale nawet ten film ma szalone 44% w chwili pisania tej notki.

Dokąd z tym zmierzam? Ano do wniosku, że robienie filmów na podstawie gier jest jak kręcenie sobie własnej liny aby sobie podyndać z framugi, niezależnie od tego, jak znany jest tytuł. A nawet jeszcze nie wyszliśmy poza poziom „hej, szefie, zróbmy film na podstawie gry. Ludzie lubią gry, z pewnością pójdą zobaczyć jak jakiś film dla graczy zrobimy, co, szefie? Film, gry, gracze, pieniądze”.

A potem się zaczyna zabawa ze zdobywaniem praw do ekranizacji, szkicowaniem koncepcji i stylu filmu, scenariusz, casting, wiecie, całe to zamieszanie, z którego, koniec końców można wyciągnąć dwa niekoniecznie powiązane ze sobą wnioski.

Pierwszy: ciężko zrobić dobry film z czegoś, co prawie nie ma fabuły nad którą warto pochylić głowę (Mario, Dungeon Siege, Doom). Mario trafił do miasta wyglądającego jak dziecko Sędziego Dredda z Łowcą Androidów, natomiast podczas gdy Dungeon Siege’a osobiście nie widziałem, to widziałem Dooma. I ten ostatni właściwie był filmem ze Schwarzeneggerem bez Schwarzeneggera. Wiecie, jednym z tych KIEPSKICH filmów ze Schwarzeneggerem. Co sie zgadza z grą…która powstawała w zamierzchłych odmętach roku 1993 (druga część 1995, trzecia 2004, rok przed premierą filmu)

Drugi: trzeba znaleźć balans między zadowoleniem graczy, a zadowoleniem widza zwyczajnego. I tu się zaczyna prawdziwa zabawa.

Pod każdym, dosłownie każdym zwiastunem Hitmana, Maxa Payne’a, Dooma, czegokolwiek robionego w nowej fali filmów znajdzie się trzy typy komentatorów: 1) obrażeni fani, 2) ludzie, którzy obrażonych fanów wyzywają od snobistycznych konserwatystów, bo film to nie gra, 3) ludzie pomiędzy, którzy rozumieją, dlaczego fani są obrażeni, ale też dlaczego nie do końca mają rację. I chociaż typ trzeci ma tej racji najwięcej, to obnażają też wewnętrznie błędną logikę producentów.

Trafi się, oczywiście, na stwierdzenie, że gracze stanowią ułamek widowni, a film musi na siebie zarobić. To prawda, nie ma co się spierać. Z ludzi, którzy pójdą zobaczyć Hitmana może garstka będzie wiedzieć, że to w ogóle jest na podstawie gry, a jeszcze mniejsza garstka w ogóle tę grę na oczy widziała. Ale, w takim razie…po co w ogóle nazywać film Hitman, Street Fighter czy Super Mario Bros. skoro film ma niewiele wspólnego z materiałem źródłowym? Skoro gracze stanowić będą ułamek widowni, to po co puszczać im oczko i mówić „patrzcie, to film dla was, jesteście dla nas ważni” ogłaszaszając, że taki a nie inny tytuł jest w produkcji, a potem… zrobić film, w których cichy, profesjonalny zabójca robi rozwałkę na całe miasto, a radosna gra o dwóch hydraulikach w grzybkowej krainie ma Dennisa Hoppera i jest umiejscowiona w ponurym mieście?

Może jestem dziwny, ale osobiście o wiele chętniej bym obejrzał film będący oczywistym rip-offem lubianej przeze mnie gry czy książki, niż adaptacją, która oprócz tytułu nie ma zbyt wiele wspólnego ze źródłem. Ba, prawdopodobnie filmy z listy byłyby nawet ciekawsze, bardziej znośne gdyby były rip-offami. Gdyby się uwolniły od licencji i nazwy franczyzy i próbowały robić to samo, na własnych warunkach i być może tworząc ciekawą wariację. Trylogia Hobbita gdyby pozmieniać detale, nazwy, wydarzenia, tylko odrobinkę, nie stałaby się nagle DOBRYM filmem, ale na pewno nie odrzuciłaby tak wielu osób. Gdyby zmienić tytuł Super Mario Bros. na…nie wiem, Meteor City Dino nie stałby się nagle DOBRYM filmem, ale zamiast musieć wytrzymywać porównania i zawód fanów Mario, byłby swoim własnym tytułem i nie trzeba byłoby się czepiać, że nie ma nic wspólnego z grą. Tak samo nowy Hitman. Zmieńcie kolor krawata, wytrzyjcie kod kreskowy z potylicy i macie swój film bez potrzeby na licencję. Ba, to nie byłby pierwszy film o łysiejącym zabójcy, który robi sieczkę w filmowym stylu.

Hitman pokazuje też, że gatunek thrillera akcji powoli ginie. Bourne Legacy był całkiem niezłym filmem, z Jeremy Renner ciekawszym aktorem pierwszoplanowym niż Matt Damon, ale to są, mam wrażenie, ostatnie podrygi gatunku, który był przecież tak dobry. Niestety, gry wyszły zbyt późno, by trafić na szczyt popularności tego gatunku i zamiast tego mamy popcornówki. Takie życie, szkoda tylko, ze popcornifikowanie wszystkiego staje się powoli jedyną opłacalną opcją. Filmy kosztują zbyt dużo, by ryzykować małą oglądalność, więc trzeba głaskać po główkach widownię Micheala Baya, który w ostatnich latach do perfekcji opanował koszenie fortuny na filmach o niczym.

A jednak filmy na podstawie gier powstają i będą powstawać. Michael Fassbender ma rolę w filmowym Assassin’s Creed, w opracowaniu jest Uncharted, Metal Gear Solid a nawet Angry Birds. Tak, takie czasy, że nawet głupia gra ze sprytfonów dostaje film. Być może, kto wie, doczekamy czasów, gdy filmy na podstawie gier zaczną dostawać tyle szacunku, uwagi i dbałości o satysfakcję tak widzów świeżych, jak i idących zobaczyć coś związanego ze swoim hobby, co filmy na podstawie komiksów…zazwyczaj.

A do tego czasu, musimy się jakoś rozdzielić na te trzy obozy YouTube, o których pisałem wcześniej.

Mongward out i, w quazowym stylu, Game On.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: