Dodaj komentarz

Szybko o: Hobbit – Bitwa Pięciu Armii

Stało się. Rok oczekiwania, rok snucia strasznych przepowiedni, nabijania się z Jacksona i krytykowania jego hipokryzji. Ale nadeszła wreszcie ta chwila. Mongward poszedł zobaczyć najnowszego Hobbita. Aye czy nay? Zapraszam do lektury 🙂

TBOT5A_Theatrical_Poster

TEKST ZAWIERA INFORMACJE DOTYCZĄCE FABUŁY!

Na dobry początek oraz by zapoznać was, przez jaki pryzmat oglądałem ten film, niedługi zwiastun z gry Warhammer: Age of Reckoning:

Jaki to ma związek? Od kiedy zobaczyłem pierwszą scenę akcji jeszcze w pierwszej części, wiedziałem, że nie ma co oczekiwać względnie surowej i ponurej choreografii jaką poczęstował nas PJ we Władcy Pierścieni (jakby nie patrzeć, LotR był dość ponury a sceny akcji nie-Legolasowe były całkiem dobre). Wtedy też zdałem sobie sprawę, że podobne wygibasy widuje się zazwyczaj w adaptacjach na potrzeby gier video i od tamtej pory każdemu, kto chciałby mnie słuchać powtarzałem, że trylogii Hobbita to tak naprawdę cutscenki z jakiejs gry. Ale kiedy w Bitwie Pięciu Armii zobaczyłem oblężnicze trolle z katapultami na grzbietach, trolle-tarany i KKK (Kozią Krasnoludzką Kawalerię) wiedziałem już, gdzie się udać. Dodajmy do tego świecące świetliste Elfy, w tym Legolasa skaczącego po spadających kamieniach i dostajemy jeszcze Final Fantasy. Postuluję zatem, aby akcję w Hobbicie opisywać krzyżmetką #WarhammerFinalFantasy. Pod tym kątem oglądane sceny walki były nawet całkiem dobre.

Ale dość bełkotu, czas na zady i walety.

ZALETY

Zacznijmy od tego, co mi się faktycznie podobało, ponieważ, jak zwykle, nie było tego dużo.

Martin Freeman. Wiem, że powtarzam się po poprzedniej recenzji, jednak nie jestem w stanie krytykować ani Bilba, ani Freemana w tej roli. Obsadzenia Artura Denta jako naszego dzielnego Hobbita to błysk geniuszu i chylę czoła wszystkim, którzy zadbali o to, by to właśnie John Watson był włamyhobbitem. Co tu dużo pisać, w mojej opinii jest idealny i tyle.

Dain. A raczej nie tyle sama postać, z której zrobili narwanego Szkota jeżdżącego na bojowym knurze (serio, nie zmyślam), co jej wygląd. Pierwsze skojarzenie: „jasny gwint, toż to Zabójca Trolli”. Soczyście rudy, z irokezem na hełmie oraz łbie (jakimś cudem ten drugi nie oklapł za bardzo), z częścią zarostu wystylizowaną na szable dzika (rekompensuje brak takowych u swojego knura?), w łapie bojowy młot. Za grzyba mi nie pasuje do Śródziemia, ale jak już wspomniałem wyżej, ja te części filmu oglądałem jak filmową adaptację Warhammera Fantasy w najbardziej Howardowskim ze stylów.

Bard nadal jest ciekawszy nie tylko od swojej książkowej wersji, ale także, moim zdaniem, od filmowego Aragorna. Może to kwestia tego, że lubię Luke’a Evansa, może to kwestia tego, że tutaj PJ nie musiał gdzieś-jakoś wepchnąć bycia królem czy czegoś w ten deseń. Przejście od zwykłego zjadacza chleba do przywódcy u Barda wydaje się lepiej uzasadniona, niż u Powróconego Króla. O ogólnie wykpiwanej scenie wspomnę później.

Ostatnie partie filmu, pożegnanie Bilba z krasnoludami, powrót do Hobbitonu były moim zdaniem warte pochwały, chociażby dlatego, że w przeciwieństwie do końcówki Powrotu Króla nie trwało to pół godziny. Szeroko reklamowana piosenka Billy’ego Boyda też była miła dla ucha, chociaż trzeba dać jej odrobinę czasu aby się rozkręciła, poza tym wspierały ją grafiki Lee i Howe’a stanowiące tło dla napisów końcowych.

WADY i ZASTRZEŻENIA

Część wynika bezpośrednio z decyzji fabularnych PJa z poprzednich filmów, no ale zacznijmy od początku.

Pierwsze pięć minut filmu mogło ŚMIAŁO być częścią Pustkowia Smauga. Owszem, trzęsienie ziemi to dobry początek dla takiego filmu, a Pustkowie i tak było długie, ale wątpię, by te pięć minut, jakie zajmuje zabicie Smauga w Bitwie wiele zmieniło w stanie pęcherzy widzów poprzedniej części. To samo w zasadzie tyczy się uwolnienia Gandalfa z Dol Guldur, ponieważ to też w sumie zajęlo raptem kilka minut.

A skoro przy tym jesteśmy…ta scena była tak…cudownie…nędzna. Gandalf za pośrednictwem najaranego Ranigasta (nie zasługuje na swoje faktyczne imię) „wzywa” na pomoc Galadrielę, Elronda i Sarumana. Atak na Dol Guldur w ten sposób zmienia się w „ratujmy zadek Gandalfa”. Saruman odstawia taniec z różdżkami, miotając się po placyku jakby mu odjęto dwieście lat, Elrond ma miecz +5 przeciwko Nieumarłym, a Galadriela znowu zmienia się w Banshee i…przeklina Saurona w formę oka? Ta scena była dla mnie nie do końca jasna, prawdę mówiąc. Ogólnie rzecz biorąc, wszystko się sprowadza do jednego cytatu.

Wspomniany wyżej Bard ma na koncie dwa momenty, które ostatecznie mnie przekonały, że ten film powstał na potrzeby a) gry komputerowej lub b) kampanii RPG.  Pierwsze: zrobienie…balisty? poprzez wsadzenie dwóch połówek pękniętego łuku w kolumny na wieży i ustawienie syna jako wspornika dla Czarnej Strzały. Drugie, to kreatywne wykorzystanie wozu w celu staranowania trolla. Mam za sobą kilka lat erpegowania i nie mam najmniejszych wątpliwości, że większość MG na podobne deklaracje odpowiedziałaby „Zaraz, zaraz, że niby CO chcesz zrobić?”. PJ przebił zdecydowanie Legolasa surfującego tarczą w dół schodów. To jest osiągniecie. A propos trolli: kto wiedział, że trolle mogą się przemieszczać za dnia, pod warunkiem, ze jest 80% zachmurzenia? Ja nie wiedziałem. Dziadzio Gandalf sporo ryzykował w pierwszej części.

W kwestii krasnoludzkiej…kanciaste, prawie kwadratowe hełmy niektórych krasnoludów trafią na czarną listę hełmów zabójczych dla właściciela, a lista jest długa, jak na hełmy z fantasy przystało. Druga rzecz, Dain stojący przed ściąną z tarcz reszty dorfów z Żelaznych Wzgórz. Dain, stary, wiem, że jesteś zabójcą trolli, ale jak dowódca armii stoi PRZED shieldwallem, to to trochę czyni na bakier celowi tej formacji.

Każdy wiedział, że Fili i Kili zginą. To było zapisane w ich kontrakcie jakby byli spadkobiercami Seana Beana. W książce giną zasłaniając własnymi ciałami rannego Thorina, ich króla, brata ich matki i przyjaciela w podróży. W filmie? Cóż, zacznijmy od tego, że Thorin, Kili, Fili i Dwalin idą przeprowadzić atak na Azoga, by uciąć łeb armii orków. Gandalf komentuje: ah, tak, Thorin zabrał swoich najlepszych wojowników”, co jest absurdalne, bo Fili i Kili byli najmłodszymi członkami drużyny i byli lepsi kandydaci. Ale niech wam będzie, że to nie tylko głupia wymówka, by jakoś ich wsadzić w zagrożenie większe, niż CHOLERNA BITWA PIĘCIU ARMII! Uhm, przepraszam. Jak zatem bracie giną w tej Wielce Ważnej i Przemyślanej misji? Jeden ginie w obronie na siłę dorobionego wątku romantycznego (Tauriel), a drugi podczas misji zwiadowczej. Ponieważ wszyscy wiemy, że banda rozszalałych orków da radę zaskoczyć i zaszczuć samotnego krasnoluda w kamiennej konstrukcji.

Sam Thorin ginie ( no dobra, otrzymuje śmiertelną ranę) w tak potwornie debilny, ograny sposób, że to wręcz przykre. W walce z Azogiem zamiast go dobić jak wypada, to pozwala, by spadł pod lód (lokacja walki). A potem jak ten debil patrzy, jak sobie Azog dryfuje pod lodem. Jeśli widzicie w tym podstęp, gratulacje. Thorin z kolei był wielce zaskoczony, kiedy Azog wyskoczył (sic!) spod lodu.

Z głupia frant dostaliśmy też informację, że matka Legolasa zginęła w twierdzy Gundabad i od tamtej pory Thranduil nie znał miłości. Wątek, który mógł być całkiem ciekawy jest wspomniany dwa razy jakby reżyser oczekiwał, że będzie nas obchodzić raz wspomniana matka nudnego Legolasa (któremu, nawiasem mówiąc, w dramatycznie odpowiednim momencie skończyły się strzały. Oczywiście). Aczkolwiek sam Władca Łosi jest tak cudwnie over the top, że nie jestem w stanie go nie lubić, jest zwyczajnie zbyt zabawny. Ale pozostaje ćwokiem.

Ale nie większym, niż sam Thorin, który z jakiegoś powodu jest opętany żądzą złota. Fajnie, ale film to kreuje jako winę samego złota, klątwę smoczej żądzy i tak dalej, wspomina o Throrze i Thrainie…ale jest z tym jeden problem. Chorobliwa żądza złota u krasnoludów zawsze była wywołana posiadaniem jednego z siedmiu Pierścieni, który został odebrany Thrainowi (o ile dobrze pamiętam) i zniszczony. PJ znów wypaczył postać, co jest zbrodnią gorszą, niż wypaczanie fabuły, bo wiadomo, inne medium, inee czasy NIEKTÓRE rzeczy trzeba zmienić i tyle.

Ale nie do momentu, w którym w głowie słyszę muzykę z Diuny, kiedy orki zaprzęgnęły cholerne czerwie piaskowe do wydrążenia im tuneli przez które mogą atakować. Chociaż ten moment dał też źródło mojemu rozbawieniu, ponieważ Dain zareagował dokładnie w ten sam sposób co ja, słowami „OH COME ON!”. Ale…serio, PJ, serio? Czerwie piaskowe? SERIO!? Kamienne giganty już ci nie wystarczyły?

A jak się plasuje sama Bitwa? …jaka bitwa? Po Helmowym Jarze, po oblężeniu Minas Tirith spodziewałem się czegoś wielkiego,a dostaliśmy…kilka krótkich scen z szerokiej perspektywy, ale większość uwagi była poświęcona a) odbijaniu Dale z rak orków i b) wątkom osobistym, tępym uporze Thorina i tej głupiej czterokrasnoludowej wyprawie po łeb Azoga. Kwestia Dwalina o samodzielnym zatrzymaniu setki goblińskich najemników (co gorsza, udało mu się) oraz Fili mówiący „No, I got this” idąc na zwiad (wiemy, jak to poszło 😛 ) mnie szczerze rozbawiły, chociaż nie z powodów, które podobałyby się reżyserowi.

I po grzyba Thranduil sugeruje Legolasowi, żeby odszukał Aragorna? Mówi „odszukaj Dunedainów, wśród nich jest jeden zwany Wędrowcem”….eee, nie, Aragorn ma 10 lat, nazywa się Estel i buja się z elfami. I co to za głupi wątek, ze Legolas idzie na roadtrip? Jak to się wiąże z czymkolwiek? PJ zapomniał, ile czasu dzieli Władcę od Hobbita?

PODSUMOWANIE

Prędko, prędko baśń się baje, nie tak prędko..ekhm. Ocena Bitwy Pięciu Armii jest trudna. Minął miesiąc od premiery, widziałem recenzje, opinie komentarze, filmiki…więc idąc na film wiedziałem doskonale czego się spodziewać. Podobnie wielu znajomych mi powtarzało o poprzedni częściach, że to ekranizacja sesji RPG. I być może to we mnie wsiąkło na tyle, że w gruncie rzeczy na filmie bawiłem się całkiem dobrze. Hobbit: Bitwa Pięciu Armii i w sumie cała trylogia znajduje się gdzieś pomiędzy Władcą Pierścieni Petera Jacksona, a Dungeon and Dragons z niezapomnianą rolą Jeremy’ego Ironsa. Zbyt kiczowate, by traktować to poważnie, ale tu i ówdzie przebija się trochę klimatu Śródziemia, nawet jeśli ogólny kicz jest jak kula u nogi.
Dzisiaj zrozumiałem, że Hobbit nie jest tworzony dla osób, która czytały książki. Nie jest nawet tworzony dla osób, które oglądały Władcę Pierścieni, ponieważ wiele scen czy cliffhangerów działa tylko wtedy, kiedy nie zna się poprzedniej trylogii, wiele rzeczy nie działa, kiedy zna się książki.

Najdłuższa Podróż nastawiła mnie bardzo sceptycznie wobec pozostałych części. Pustkowie Smauga uznaję ze obelgę wobec materiału źródłowego. Bitwa Pięciu Armii tak bardzo mi się kojarzy z przedstawieniami Warhammera w grach video, że nie byłem w stanie nie bawić sie dobrze podczas scen akcji, a fabuły było na tyle mało, że była swego rodzaju dodatkiem do głupiej naparzanki.
Nie mam pojęcia, jak ocenić Bitwę. To nie jest dobry film, jest całkiem średni, uderza w najbardziej podstawowe struny narracji, nie zaskakuje…ale w sumie pomimo wszystkich wypisanych tu wad, bawiłem sie całkiem nieźle. Jak na transformersach pierwszych. Czy Hobbit to odpowiedź na pytanie „co by było, gdyby Michael Bay robił fantasy zamiast sajfaja?”? Być moze nie jest AŻ tak źle, ale to jest film popcornowy, nic więcej. To nie jest ekranizacja, to nie jest adaptacja…to jest film akcji na motywach. Jak Sherlock Holmes: Gra Cieni.

Nie wystawię oceny liczbowej Bitwie. Ale wystawię ją całej trylogii. Dostaje 6\10. To proste, głupie, schematyczne filmy, które chcą udawać, ze to coś więcej. Gdyby nie ta pretensjonalność, gdyby PJ walił po oczach popcornowością, pewnie dałbym 7. Ale tak…cóż, miłego wcinania popcornu i liczenia kombosów.

Mongward out.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: