Dodaj komentarz

Szybko o: Guardians of the Galaxy

Idźcie obejrzeć.

Sorry no, krócej się nie da.

 

GOTG_Payoff_1-Sht_v4b_Lg

 

 

No dobra. Kurde.
TEKST ZAWIERA INFORMACJE DOTYCZĄCE FABUŁY!

Okoliczności, w jakich oglądałem Strażników Galaktyki były cokolwiek wyczerpujące, ponieważ razem ze znajomymi wybraliśmy się na całonocny maraton Fazy Drugiej, a film na który wszyscy czekali był na błogosławionym, chociaż nieco sennym już końcu, zaraz po Zimowym Żołnierzu. Można by się spodziewać, ze to fatalna kolejność, ale nic bardziej mylnego. Dawka skondensowanej frajdy dostarczana przez GotG wystarczyła, by obudzić nawet najbardziej susłowatych widzów. Ale po kolei.

Film podąża śladami niejakiego Petera Jasona Quilla, czyli na nasze Piotrusia Jazona Piórko, który w młodym wieku zostaje uprowadzony z Ziemi i cudem i dobrym sercem unikając zjedzenia zostaje Panem Gwiazd, legendarnym zakapiorem, o którym słyszał tylko jeden funkcjonariusz Nova Corps. Piotruś ma problem, ponieważ artefakt, który miał zwędzić jest obiektem zainteresowania kilku potężnych osób: Ronana Oskarżyciela oraz Thanosa, Szalonego Tytana. Po drodze jest jeszcze Yondu Łucznik, który posiada świadomą strzałę reagującą na komendy. Nie ma to jak mieć nosa do przyjaciół.

W wyniku pierwszego kwadransa fabuły, Quill poznaje resztę ekipy, Gamorę, wychowankę Thanosa (ale nie córkę!), opętanego żadzą zemsty Draxa Niszczyciela, pokemona Groota oraz Rocketa, modyfikowanego cybernetycznie kosmitę o wyglądzie szopa. Jeśli brzmi wam to jak połaczenie Gwiezdnych Wojen z Firefly i Drużyną A, to możecie sobie wziąć ciasteczko w nagrodę, ponieważ Strażnicy czerpią garściami z najlepszych zagrywek produkcji tego typu.

Postacie

Star-Lord – Peter Quill, grany przez Chrisa Pratta (trzeci Chris w MCU) jest typowym zawadiaką, który w niejednej kantynie dostał i dał po mordzie. Kiedy był dzieckiem, jego matka umarła na raka, w ostatnich słowach wspominając, ze kiedyś spotka ojca (o którym kilkukrotnie wspomina się w filmie), a potem buszował po Galaktyce razem z piratami. To, co mi osobiście się niesamowicie spodobało w tej postaci, to to, ze Pratt wyraźnie miał mnóstwo frajdy z tej roli i to widać. Jest energiczny, naprawdę zabawny i z biegiem czasu powoli wrasta w skórę przywódcy drużyny. Niezbyt przypomina komiksowego odpowiednika, ale z drugiej strony geneza Strażników też jest całkiem inna, wiec nie było to dla mnie problemem.

Gamora – w tej roli Zoe Saldana, znana głównie z roli Uhury z nowego Star Treka oraz Neytiri z Avatara. Od młodości wychowywana i szkolona przez Thanosa na zabójczynię, dostrzega szansę na wyrwanie się spod jego fioletowej brody i przyłożenie Ronanowi na dokładkę. W filmie, poza byciem oczywiście maszyną do spuszczania łomotu, pełni swego rodzaju funkcję tsunedere dla Petera: kilkukrotnie wydaje się, jakby miała ulec jego podrywom, ale szybko się ogarnia i wraca na właściwe tory. Kilkukrotnie podczas seansu komentowałem „On ją Kirkuje”, na szczęście scenarzyści nie poszli po linii najmniejszego oporu i chwała im za to.

Rocket – mówiący głosem Bradleya Coopera. Postać, którą bardzo łatwo było spartolić i zrobić z niego Jar Jar Binksa z pistoletem laserowym. Ale udało się. Rocky jest postacią równie dobrą jak inne, o ile nie gorszą jedynie od Groota. Właściwie jako jedyny poza Quillem ma osobowość, której nie ma sensu streszczać motywacjami, a to wbrew pozorom bardzo istotne, ponieważ Gamora i Drax funkcjonują w relacji z Ronanem i Thanosem, Groot w relacji z Rocketem, tylko Quill i Rocky właśnie mają najpierw osobowość, a potem stają się częścią konfliktu. Dla Szopa to swego rodzaju desperacja związana z tym, jak powstał i brakiem szacunku, jaki go na każdym kroku spotykał, dopóki nie poznał reszty ekipy. Jest najbardziej sarkastyczną z postaci, jak również nierzadko mówi głosem publiczności komentując wydarzenia.

Drax Niszczyciel – w tej roli Dave Bautista. Tutaj Zielony D nigdy nie był człowiekiem, nie został stworzony na nowo by zabić Thanosa, ale nie szkodzi. Z jakiegoś powodu scenarzyści postanowili uczynić z niego kogoś, kto myśli bardzo dosłownie i jakiekolwiek przenośnie i metafory przelatują mu koło nosa, pomimo jego błyskawicznego refleksu. Na początku filmu chce tylko zemścić się za śmierć rodziny, ale szybko zaczyna działać razem z resztą składu. Ciężko mi opisać filmowego Draxa. To, co mówi jest niby bardzo proste, ale z drugiej strony ma znaczącą treść.

Groot – bogowie olimpijscy, Groot. Nie da się opisać Groota. Jest jednocześnie najbardziej niepokojącą i najbardziej uroczą postacią w tym filmie. I najzabawniejszą. Odmawiam opisywania Groota, bo to, co z nim zrobili to jeden z wielu błysków geniuszu w tym filmie. A dubbing w wykonaniu Vina Diesela tylko to podkreśla.

Antagoniści

Thanos – w tej roli Josh Brolin. Nie ma jakiejś olbrzymiej obecności w Strażnikach ale pojawia się i trochę gada, ale w sumie nic ciekawego. Wygląda całkiem nieźle, chociaż widać, że wygląda postaci powstał kiedy komiksy były jeszcze dość dziwne.

Ronan – w tej roli Thranduil, znaczy, Lee Pace. Szjabnięty ekstremista kosmicznej rasy Kree, któremu bardzo się nie podoba, że Xandarianie i Kree podpisują pakt pokojowy. Jak to zwykle bywa, główny antagonista u Marvela jest mało ciekawy.

Nebula – czyli po cywilnemu Karren Gillian. Przyrodnia siostra Gamory, też zabójczyni. W sumie trochę mi to podśmierduje relacją Kitany i Mileeny z Mortal Kombat, ale to mało istotne. Cięzko cokolwiek powiedzieć konkretnego. Cyborg (z pewną dość paskudną sceną, na której to doskonale widać), wyrachowana, nienawidzi wszystkich, równie nierozbudowana co każdy antagonista Marvela poza Lokim.

Yondu – grany przez Michaela Rookera. Jestnie jest antagonistą, ponieważ ostatecznie chce po prostu zarobić i kiedy Pete przedstawia wizję zarobku, w ciągu sekundy chowa broń i traktuje jak przyjaciela. Yondu strasznie mi się koajrzył z Barbossą z Piratów z Karaibów. Szurnięty, narwany, ale można się z nim dogadać i polegać, tak długo, jak dotrzymuje się umowy. A jego strzała to świetnie rozstrzygnięty problem „ale przecież łuki nie pasuja do sci-fi” (w komiksach Yondu jest mistycznym łucznikiem).

Cała reszta rzeczy.

W filmie jest też sporo smaczków. Począwszy od Knowhere, czyli odciętej głowy Niebianina, z której w komiksach operują Strażnicy, a tutaj jest swoistym Mos Eisley. Po pojawienie się Cosmo u Kolekcjonera (niestety, nic nie mówi). Znów pojawia się kokon Adama Warlocka, a Kamienie Nieskończoności są wyjaśnione przez Kolekcjonera. Kilkukrotnie pojawia się motyw ojca Quilla, wskazujący na to, że dziedzictwo Spartaxu będzie odgrywać jakąś rolę w przyszłości (wiadomo, że będzie druga część). A to tylko rzeczy, które dałem radę wyłapać znając oryginalną linię bardzo słabo.

Z innych rzeczy, które warte są pochwały:

– scenariusz jest napisany rewelacyjnie. Dialogi są szybkie, zabawne, idealnie pasujące do klimatu, ale potrafią też sprzedać emocje. Film umiejętnie wyczuwa moment na żart, więc nie się problem intensywnej sceny spapranej kiepskim dowcipem. A skoro przy tym jesteśmy…nie wiem, jakim cudem oni dostali PG-13, bo niektóre żarty są dość mocne. Niektóre sceny również.

– Quill i Gamora nie generują oczywistego wątku romantycznego, pomimo tego, że Peter Jason Kirk kilkukrotnie próbuje. Niech żyją filmy bez niepotrzebnych wątków romantycznych. Po co to komu, mamy planetę do ocalenia.

– ogólny poziom audio-video. Ścieżka dźwiękowa, zwłaszcza Awesome Mix jest dopasowana świetnie do swoich scen, a film jest ucztą dla oczu, nawet w 3D, które dla odmiany wygląda naprawdę dobrze i podkreśla umiejętnie wiele ujęć. Scena, w której Groot wypuszcza świecące zarodniki (albo coś takiego) nie robiłaby nawet w połowie takiego wrażenia w dwóch wymiarach.

Niestety, film nie uchował się od paru problemów.

Przede wszystkim…jak na epicką zabójczynię (reputacja najniebezpieczniejszej kobiety w galaktyce) i kogoś o przydomku „Niszczyciel”, Gamora i Drax bardzo często albo dostają po dupie, albo prawie nie widać jak walczą. Przyznam, że osobiście bardzo na to czekałem. Zamiast tego Quill ratuje 70% konfrontacji, a przynajmniej tak to wygląda. Inna sprawa, ze przy całym swoim niewinnym uroku, Groot robi niesamowitą masakrę jak się rozpędzi.

Po drugie, wspomnę po raz wtóry: antagoniści są nudni, a jedyny ciekawy (Yondu) nie jest do końca antagonistą. Marvel, wysilcie się. Widzowie łyknęli bez problemu gadającego szopa, jesteśmy gotowi na porządnego, rozbudowanego antagonistę.

Film ma lekkie problemy z tempem na początku i na końcu. Scena śmierci matki Petera natychmiast zostaje zamieniona w Quilla tańczącego w ruinach do wesołej muzyczki, wątek jest zapomniany na 90% filmu i pojawia się znikąd pod koniec. Kiepskie, kiepskie zagranie.

Cosmo nie mówi. Cosmo powinien mówić.

 

Tak naprawdę jednak, to tylko czepianie się. Strażnicy Galatyki dostarczyli mi niesamowitych ilości frajdy, które zdołały mnie obudzić po zarwanej całej nocy, kilka razy prawie się popłakałem ze śmiechu, a pewną scenę pod koniec zepsuło mi tylko to, że czytałem komiks.
Ten film pokazuje, że jeśli wystarczy nawet najbardziej absurdalne zestawienie pokazać w odpowiedni sposób, aby stworzyć hit i ludzie parli drzwiami i oknami (ponad 90 miionów dolarów w premierowy weekend). Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że kiedy minie hype na filmy komiksowe, Straźnicy Galaktyki nadal będą chętnie oglądani, ponieważ to znakomita produkcja, którą można spokojnie oglądać w całkowitym oderwaniu od reszty MCU i nadal się cieszyć.

Pięknywizualnie, zabawny, wciągający.

1010, z Atestem Frajdy Mongwarda.

PS: scena po napisach naprawdę niszczy. Nie ma chyba niczego, na co Marvel nie odważyłby się w swoich filmach 😀

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: