Dodaj komentarz

10 rzeczy, które drażnią mnie w Aktach Dresdena

Ci, którzy mnie znają wiedzą, że Akta Dresdena to moja ulubiona seria książek i jeśli nie przeczytam nowej części w dniu premiery, to dzień stracony. Niestety, po piętnastu tomach siłą rzeczy zebrało się parę rzeczy, które, zebrane do kupy zaczynają wkurzać. A ponieważ sympatia do tytułu nie oznacza, że nie potrafię dostrzec jego wad albo, że coś nie może mnie w nim irytować, postanowiłem stworzyć tę listę, ponumerowaną tylko dla picu, nie umiałem poukładać punktów w rosnącej ani malejącej kolejności.

TEKST ZAWIERA INFORMACJE DOTYCZĄCE FABUŁY

10. Wszystko dzieje się w Chicago

To może się wydać czepialstwem, biorąc pod uwagę, że jakby nie patrzeć to w tym mieście przecież Dresden pracuje, ale mam powody, by się czepiać. Bitwa Faerie w czwartym tomie? Nad Chicago. Istotny bal u Bianki, który przedstawił istoty, które jeszcze się będą pojawiać? Chicago. Darkhallow i okoliczne wydarzenia? Chicago. Przejście do skarbca Hadesa? Chicago.

Poza kilkoma wydarzeniami, takimi jak atak na Archangielsk albo parę innych wydarzeń wojny przeciwko Czerwonemu Dworowi, wszystkie inne mają miejsce w Chicago, bo, jak Jim\Harry wyjaśniają, to jest wielkie rozdroże świata. To może i działało w pierwszych kilku tomach, ale dzięki Przejściom Dresden ma możliwość podróżowania na taka samą skalę, co inni magowie, a obowiązki Strażnika oraz Rycerza Zimy są świetnym pretekstem, aby wysłać go gdzieś dalej. Ale nie, wszystko, co jest istotne dla świata dzieje się w Chicago albo zaraz obok.

9. Fabuły kolejnych książek to coraz mniej hardboila

To jedna z największych problemów serii. Pierwsze kilka powieści to były śledztwa tyle o ile kryminalne i zjadliwy ton Dresdena świetnie się sprawdzał, nadając książkom klimat z lekka Chandlerowski, chociaż z większą ilością oczywistych żartów. Niestety, z biegiem czasu seria zaczęła zbaczać na ścieżkę powieści przygodowej z akcentami co bardziej epickiej fantastyki. Skala zagrożeń staję się coraz większa, a i sam Dresden stopniowo zdobywa doświadczenie i zwiększa swoją moc magiczną. Szkoda, że to nie działa aż tak dobrze. Butcher potrafi zaprezentować naprawdę epickie (w znaczeniu bliższym oryginalnego) sytuacje, ale jeśli miałbym wybrać Changes albo Cold Days wybrałbym to drugie, ponieważ ma efektywnie mniejszą skalę, wiec i problemy wydają się być mieć większe natężenie, pomimo tego, że Zmiany pokazały do czego naprawdę zdolny jest naprawdę wściekły i doświadczony mag.

8. Harry’ego relacje z kobietami

Bogowie olimpijscy, ile można. Najpierw była Susan, która przez większość czasu była przydatna jak Mary Jane w Spider-Manach Sama Raimiego. Ot, seksowna, podobno inteligentna babka z tendencją do wsadzania nosa nie tam, gdzie trzeba, zasadniczo Lois Lane z większości inkarnacji z filmów czy kreskówek (nie wiem, jak w komikach). Nie wprowadziła nic ciekawego, poza byciem drugim powodem, dla którego Dresden się nad sobą użalał (po Elaine Mallory), bo jak idiotka władowała się na imprezę wampirów, potem zrobili sobie z Harrym dziecko, a na koniec Harry musiał jej poderżnąć gardło, ponieważ wyższa konieczność. Drama engine.

Jest  Murphy, czyli twarda babka z policji Chicago pracująca jako dyrektor Wydziały do Śledztw Specjalnych, czyli zajmującego się sprawami o zabarwieniu nadnaturalnym. Murphy jest fajna, lubię Murphy, ale z tomu na tom jej relacje z Harrym się coraz bardziej zacieśniają i pomimo ładnych kilkunastu lat znajomości, przyjaźni i współpracy nic z tego nie wyszło, pomimo tego, że od dłuższego czasu ich do siebie ciągnęło, z jakiegoś powodu. Osobiście tego nie ogarniam, bo przez pomaganie Dresdenowi kiedy tylko potrzebował kobieta straciła najpierw rangę, potem pracę i w Skin Game również zdrowie i prawdopodobnie sprawność fizyczną. Ale nie, prawie 20 lat znajomości i jedyne, co na razie dostaliśmy to może dwa realne pocałunki (z czego jeden pod wpływem masakrycznego zastrzyku adrenaliny w Cold Days) i erotyczny sen Dresdena, który był nawet bardziej dosadny, niż akrobatyczny seks z Susan w czwartej części. Fuck you, Butcher. Chociaż, jeśli mam być uczciwy, to Dresden wreszcie zebrał się w sobie i porozmawiał o tym z Murphy, oszczędzając im obojgu, a co najważniejsze, nam, dużej ilości wałkowanej w nieskończoność nudnej tragedii głupich skrupułów i nastrój will they- won’t they wreszcie poszedł w diabły.

Jest również Molly, o której później, a którą Dresden właściwie zniszczył psychicznie i dziewczyna potrzebowała sporo czasu, żeby wyjść na jakąkolwiek prostą. Udało jej się głównie dlatego, że wiedziała, że Harry jednak żyje, ale jest na tyle daleko, żeby mogła sobie poukładać życie bez dalszego zadręczania się. Plus taktyczny jest taki, że oboje mają szansę żyć setki lat, więc różnica wieku przestanie mieć takie znaczenie, ale Dresdena nigdy nie przestanie jej traktować jak swojej byłej uczennicy oraz córki swojego najlepszego przyjaciela. Nie twierdzę, że powinni być razem, bo mi szkoda Molly na Dresdena, ale to byłoby logiczne.

Poza tym rozumowanie Dresdena, kiedy uzasadnia dlaczego nie może, nie powinien i skąd to całe poczucie winy, odpowiedzialności itd mnie doprowadza do szewskiej pasji, bo wszystko ma swoje granice, a on się z tym tłucze od fefnastu lat względem tych samych osób. Dude, do. Or do not. There is no try. Cicho.

Ah, zapomniałem prawie o Luccio, ale to był wątek, którego nawet nie warto pamiętać.

7. Dominacja Sidhe

Co się stało? W pierwszych tomach mieliśmy czarnoksiężników, wampiry, Sidhe, wilkołaki w kilku odmianach, nekromantów, w opowiadaniach Sasquatche, pojawiali sie bogowie, mityczne potwory itd. A od pewnego czasu większość rzeczy nadnaturalnych kręci się wokół faeries. Trochę to zubaża bestiariusz i opowiadane historie. Nawet powrót nudnych Rycerzy Czarnego Denara był miłą odmianą, chociaż i tak wyszło na to samo.

6. Dyndające wątki

Gdzie jest Ferrovax z trzeciego tomu? Ok, w piętnastym zostaje wspomniany mimochodem, ale to dwanaście tomów różnicy. Gdzie jest Mavra i po co jej było Słowo Kemmlera? Nie słychać o niej niczego od czasu Dead Beat, a jakoś wątpię, by mając księgę najpotężniejszego nekromanty Dresdenwersum siedziała cicho bo boi się Harry’ego, który przez półtorej roku był trupem albo niedostępny. Co słychać u Białego Króla? Niemożliwe, by Lara się go pozbyła i rządziła inaczej, niż lalkarz kierujący marionetką. Co z Mortimerem Lindquistem? Po Ghost Story można by oczekiwać, że będzie kimś istotniejszym. Co z Czarną Radą? W Skin Game pojawia się delikatna sugestia, że maja wtyki w Kościele, ale nic poza tym. Jest pewnie jeszcze mnóstwo innych wiszących lub zmarnowanych wątków, których teraz nie pamiętam nawet.

5. Co z tą Radą?

Minęły prawie dwa lata ( i trzy książki) od śmierci Dresdena i jego funkcjonowania jako Rycerz Zimy. Przez ten czas nie kontaktował się Ebenezarem, a przynajmniej nic o tym nie wiadomo, nie widział się z jakimkolwiek magiem z Białej Rady itd. Czy w takim razie już nie ma uprawnień Strażnika? Czy nie podlega jurysdykcji Rady, jeśli złamie któreś z praw magii? Jaki jest jego cholerny status? A skoro przy tym jesteśmy…dlaczego w Ghost Story kiedy Uriel pozwala Harry’emu spojrzeć na swoich bliskich przed odejściem…dlaczego Harry nie chce zobaczyć, co dzieję się z Ebenezarem, który jest jego mentorem, przyjacielem, zwierzchnikiem i CHOLERNYM DZIADKIEM!? Eb musiał być zdruzgotany, kiedy usłyszał o śmierci Dresdena, a pod koniec Ghost Story jeszcze nikt nie wiedział, co będzie dalej (no dobra, czytelnicy wiedzieli, ale w świecie przedstawionym tylko Mab i Demonreach mieli pojęcie). Co za dupek z tego Dresdena.

4. Molly i jej długa obsesja na punkcie Harry’ego

Dziewczyna miała problem. Poważny. Nawet jak sobie znalazła chłopaka w Proven Guilty, to dzieciak był podobny do Dresdena według kilku niezależnych obserwatorów. Jakiś poziom zauroczenia powiedzmy, że miał sens, kiedy Molly była jeszcze podlotkiem – Harry był tym niezależnym, bezczelnym i bohaterskim kretynem, który mógłby się młodej Carpenterównie podobać. Spoko. Ale potem? Molly była skłonna zrobić wszystko dla Dresdena głównie przez to, że była potwornie zauroczona. I, jak pisałem wyżej, na dobre jej to nie wyszło. A jako, że wszystko jest pisane z perspektywy samego Dresdena, nie wiemy o wszystkim, bo on sam nie wszystko widzi i wiele rzeczy inni muszą mu uświadamiać młotkiem o imieniu Rzeczywistość. Nawet w Bombshells, opowiadanym przez samą Molly da się zauważyć kompleksy na jego punkcie. Jim, ogarnij się.

3. Gdzie ta alchemia?

W pierwszych częściach Harry sporo dłubał i kombinować z alchemią i jego eliksiry z różnym stopniem sukcesu, ale działały i dawały fajne efekty, niestety, im dalej w serię, tym mniej tego typu zabaw, pomimo tego, ze Dresden miał i czas i zasoby (co było widoczne w tworzeniu Małego Chicago). Ale nie, właściwie jedyne, co robił, to nowe gadżety pomagające mu skupiać magię, od pierścieni, przez kije po wspomniane Małe Chicago, czyli aktywny taumaturgicznie model miasta. Eliksir wrócił dopiero w Skin Game kiedy Waldo Butters użył takiego by uciec. Chcemy powrotu alchemii!

2. Dziecko Gwiazd. Po grzyba?

Harry ma przeznaczenie, a jego narodziny mają jakieś mistyczne znaczenie. Po cholerę? Tajemnice otaczające Margaret LeFay, jego matkę, to bardzo ciekawy motyw i za każdym razem jak coś jest ujawnione to coś naprawdę nowego, bo babka miała niezłą przeszłość. Ale kiedy do tego dorzuca się wspomnienie, jakoby narodziny Dresdena były ważne, że jest przeznaczony i tak dalej wchodzimy w kategorię tak sztampowych historii, jak tylko się da i zaczynam się bać, że ostatnie tomy będzie się czytało jak scenariusz erpega do BioWare.

 1. Harry jest irytujący

Im dalej w las tym więcej drzew, a im więcej drzew, tym więcej rzeczy, w które Dresden powinien przywalić łbem. Najlepszym chyba fragmentem Skin Game była rozmowa Herry’ego z Michaelem, kiedy były Rycerz uświadomił magowi, jak bardzo jest arogancki i pochłonięty przez pychę. Fragment był świetny i Dresden powinien sobie zrobić transkrypt i powiesić nad łóżkiem. Tym bardziej, że z tej arogancji wynika większość wlokącej się za Dresdenem dramy. Pewnie byłoby to bardziej strawne, gdyby narracja była trzecioosobowa, ale kiedy jest jak jest, dostajemy informacje z pierwszej ręki i trzeba przesiedzieć przez te wszystkie kawałki, kiedy Dresden się nad sobą użala. Jakby oglądał Spider-Mana z Raimiego z narracją Petera McGuire Parkera przy każdej scenie. Jak coś się dzieje, jest świetnie, zabawnie i czasem trzyma w napięciu, ale chwile kiedy Harry ma czas rozmyślać nad swoim życiem po którymś razie już robią nudne jak flaki z olejem. Całe szczęście, że Michael pozostaje zdrowy psychicznie, chyba jako jedyny.
Same żarty Harry’ego też jakby straciły na uroku i irytują mnie w nieco tylko mniejszym stopniu, niż osoby w tym samym pokoju co Dresden. Z drugiej strony, kim jestem, by go osądzać w tej kwestii?

 

A jednak, pomimo tego, co wyżej napisałem, nadal lubię i cenię te książki, chociaż nie aż tak, jak przez pierwsze dziesięć tomów (teraz jest piętnaście). Pewne schematy są już męczące, odejście od tego, co przysporzyło książkom popularności boli, a postacie nie tyle się rozwijają, co zmieniają sie okoliczności, z którymi muszą sobie radzić. No, może poza Waldo Buttersem, który przeszedł bardzo osobliwą przemianę, czy może raczej: niewiarygodną. Pociesza mnie to, że zawsze w razie czego mogę wrócić do tego, co mi bardziej pasowało, oraz nadzieja, że w następnych powieściach będzie więcej hardboila lub chociaż porządnej, epickiej akcji. Chociaż do tego ostatniego lepiej by się nadawała narracja trzecioosobowa.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: