Dodaj komentarz

Snobizm fanów

Ostatnio wdałem się w dyskusję w komentarzach na YouTube (tak, wiem, wiem, sam zacząłem, sam się powinienem bronić), na temat tego, czy ktoś, kto nigdy nie czytał komiksów DC może się uważać za fana. Osobiście broniłem stanowiska, że owszem, bo DC to, zwłaszcza w XXI wieku, nie tylko komiksy. Animacje krótko- i pełnometrażowe, seriale animowane i z aktorami, filmy a nawet kilka gier, które się nieźle trzymają, w tym jedno MMORPG, które nadal dostaje jakieś aktualizacje, więc pewnie żyje znośnie. Mój interlokutor do swojej argumentacji dołożył stwierdzenie, że tak, jak fanem DC (czy dajmy na to Marvela) nie może nazywać sie ktoś, kto nie czytał komiksów, tak samo graczem (gamerem) nie może nazywać się osoba, która tylko gra, a nie czyta materiałów dodatkowe, nie pisze o grach, czy, owszem, taka, która gra tylko w jeden gatunek gier.

A ja się zacząłem zastanawiać, w którym momencie bycie fanem zaczęło się oddalać od kogoś, kto ma fun z doświadczania lubianej rzeczy i stało się pracą na pełen etat.

Oczywiście z tą pracą przesadzam, ale coraz częściej spotykam się z wypowiedziami zatwardziałych „fanów”, którzy robią wszystko, żeby tylko zniechęcić świeżo przybyłych entuzjastów swojego hobby. Nie czytałeś komiksów? Co z ciebie za fan? Nie czytałeś powieści do Mass Effecta ani nie czytasz publicystyki z nim związanej? Żaden z ciebie gracz, tylko pozer. Lubisz gry, które nie wymagają lat nauki żeby przejść pierwszy poziom? Zejdź mi z oczu.

W każdym przypadku odnoszę wrażenie, jakby ci „fani” bali się, że ich pozycja się zmieni. Jest to po części uzasadnione, może nie do końca logicznie, ale jednak.

Komiksy, gry, fantastyka we wszelkich swoich przejawach przez długie lata były na obrzeżach kultury, wiec gracze, fani komiksów, fantaści byli swego rodzaju hobbystycznymi outsiderami, skupionymi na swoich społecznościach, bo nie każdemu chciało się próbować zrozumieć, co dorosły mężczyzna może widzieć w bajkach dla dzieci. Nerdy wszystkich maści były swoją własną wartością. A potem przyszedł wiek XXI, koniec pierwszej dekady i początek drugiej. Nagle komiksy dzięki kilku kasowym hitom kinowym, stały się bombą, która rozsadziła zatęchłe lochy. Podobny efekt miały nowe sezony Doktora Who, które z brytolskiego hitu wszech pokoleń eksplodowały na arenę międzynarodową i nawet ktoś, kto nigdy nie widział choćby jednego odcinka (na przykład ja) rozpozna przynajmniej samego Doktora. Gry także przeżywają renesans. Wystarczy pójść nawet na durnego 9GAGa i zaleje nas mnóstwo postów w stylu „Jeśli pamiętasz tę postać [z gry z lat 90] to twoje dzieciństwo było zajebiste”. Rodzice przebierający swoje dzieci za Dartha Vadera albo kogokolwiek z nerd-kultury nagle są „najlepszymi rodzicami ever”. Bycie fantastą stało się modne.

A część fantastów panikuje, bo to oznacza, między innymi, że przestają być outsiderami, wyjątkowymi i zbuntowanymi za sprawą swojego hobby. Albo mają pretensje, że ktoś, kto nie wydał setek i tysięcy dolarów na komiksy, gry, książki ma czelność nazywać się fanem tej czy innej marki. Jest to po części zrozumiałe, ale to jak mówienie, że ktoś, kto wędkuje od roku i tylko w ciepłe dni nie jest wędkarzem, bo są tacy, co jeżdżą na ryby od trzydziestu lat i łowią w każdą środę i sobotę.

Z tym powiązane jest też, dziś już w znacznej mierze chyba przestarzałe (o cały rok czy dwa, ale jednak), pojęcie fake geek girl, wiecie, tych dziewczyn\kobiet, które przychodzą na konwenty przebrane za postacie z nerd-kultury (gier, komiksów, filmów), albo noszą koszulki albo inne inspirowane jakaś marką części garderoby. Popularnym (co nie znaczy chwalebnym) podejściem było oskarżanie ich o to, że robią to tylko po to, żeby się przypodobać, bo tak naprawdę nie czytały\oglądały\grały w to czy tamto. Owszem, czasem wspomniane panie tworzą wariacje strojów, które eksponują prawdopodobnie więcej niż realnie potrzeba, ale z jakiegoś powodu akurat to hardkorowi „fani” zazwyczaj przemilczają i skupiają się na wjazdach za domniemaną nieznajomość materiałów źródłowych, co w niektórych chwalebnym przypadkach potrafi im się odbić czkawką:

52843

Jesli ktoś chce się przebrać za coś fajnego, droga wolna. Szacowni idioci, cosplaye to prawdopodobnie wasza jedyna szansa, żeby na żywo zobaczyć Emmę Frost albo Starfire w pełnej komiksowej krasie (chyba, ze macie bardzo interesujące życie w sypialni, ale to już nie moja sprawa). A kiedy przebranie jest skromne (nie w znaczeniu „skąpe”) też  zamiast robić z siebie napalonych troglodytów, doceńcie wysiłek i zaangażowanie, bo macie do czynienia z kimś, kto albo rozumie wasz język, albo chociaż chce zacząć. Pewnie ten apel miałby większy target w Stanach, ale co ja tam wiem, o konwentach polskich wiem tyle, co ze słyszenia, więc kij.

Powoli zbaczam z tematu, więc lepiej wrócę na właściwą ścieżkę, zanim już całkiem zejdę na zagadnienia, które mnie pewnie przerastają.

Kim dla mnie jest fan tego czy tamtego? Kimś, kto czerpie przyjemność z aktywnej realizacji swojego hobby. Kimś, kto chce, aby ulubiony rynek, seria czy cokolwiek się rozwijały i ktoś, kto chce dzielić się swoją pasją z innymi, nawet jeśli to miałoby oznaczać, że wyjątkowy status fantasty, gracza, kogokolwiek, przestanie być tak wyjątkowy. Bo prawda jest taka, że dwa regały i pięć pudeł komiksów, albo „calaki” do każdej gry na Steamie, czy nawet kompletny zestaw podręczników do ukochanego systemu nikogo nie nobilituje, pozwala tylko założyć, że dane hobby weszło w stadium pasji (lub obsesji) i ktoś ma dość czasu oraz pieniędzy aby się nim zajmować.

Z drugiej strony to, że ktoś ma tylko kilka kultowych komiksów, orientuje się i\lub przeszedł kilka kultowych gier z późnych lat 90. i tak dalej nie oznacza, że nie może być fanem. To znaczy tylko tyle, że ma sporo do nadrobienia i powinno się kogoś takiego zachęcać ze wszystkich sił, zamiast robić z siebie snoba i mówić, że taki z niego fan, jak z koziej dupy trąba. Niszowe hobby jest fajne, kiedy zbieramy kapsle z Tymbarka albo katalogujemy jakąś nieistotną pierdołę, ale kiedy naszą pasją jest coś, co opiera sie na opłacalności wydawania czegokolwiek, gier, komiksów, systemów RPG pierwszym, co powinniśmy robić, to tworzyć nowych potencjalnych klientów. A niedzielni fani w żaden sposób nie umniejszają naszych własnych wysiłków i zaangażowania.

Mongward out.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: