Dodaj komentarz

Ja i on- opowiadaniowy wypełniacz numer cztery

Kiedyś na pewnym forum pojawił się w Hydeparku osobliwy temat, który można podsumować w ten sposób: opisz swoją wymarzoną śmierć. Ponieważ Mongward jest Mongwardem, opisałem takową, a ponieważ bardzo mi się ten opis spodobał, w rzadkim u mnie samozachwycie, stwierdziłem, że pociągnę wątek. Miało to być antyheroiczną opowieścią o ucieczce z więzienia, zemście oraz ogórkach, jednak, jak zwykle, umarło zanim się na dobre zaczęło.

***

Wymarzona śmierć? W bitwie- szczęk mieczy, krzyk ludzi z poobcinanymi kończynami. Ja, stojący przeciwko przeważającym siłom wroga ze swoim toporem. Pierwszy padł…drugi padł, jednak wcześniej żgnął mnie pod żebra, chociaż ominął serce-  krwawię. Trzeci padł, ranił mnie mieczem…ukląkłem, próbując bronić się do ostatka…może jeszcze kilku zabiłem? W końcu nadszedł *ten* cios…Odpłynąłem w ciemność…
Piękna śmierć, prawda? Ha, jeśli mi rację przyznacie, to wystawcie sobie moje rozczarowanie, kiedy stałem przywiązany do słupa, a przede mną stało pięciu łuczników, którym przyjaźnie z oczu nie patrzyło. Wcale niepięknie, moi drodzy. Zastanawiałem się, co puścić…plugawą wiązankę, czy nie mniej plugawy płyn…uznałem, że powstrzymam haniebne zapędy i z godnością puszczę po śmierci, to drugie
-Na pięć. -usłyszałem głos dowódcy. Drań…stał za moimi plecami.
-Jeden. -wziałem głęboki oddech.
-Dwa. -zamknąłem oczy.
-Założyć strzały! – otworzyłem oczy. W końcu ile może trwać mrugnięcie?
-Trzy. -puściły mi nerwy. I wiecie, co zrobiłem? Zacząłem się szaleńczo smiać. Bo w sumie czemu nie? Gdyby nie to, że byłem przywiązany, tarzałbym się po dziedzińcu…
-Zabrać stąd tego szaleńca… -usłyszałem głos z trybun. Władczy, poważny…każdy poszedłby za tym głosem w ogień. Sam widziałem.
Między „stąd” a „szaleńca” zdążyłem sie uspokoić na tyle, żeby jakimś szóstym zmysłem poczuć, jak dowódca macha rękami w stronę łuczników. Jeden z nich…paskudne bydlę, swoją drogą…jeśliście sobie wyobrażali łucznika jako smukłego, przystojnego mężczyznę o złotych włosach i delikatnych palcach (swoją drogą…bzdurne wyobrażenie…w każdym razie od czasu rzezi elfów), to radziłbym nie widzieć tamtego osobnika. Czarne, przetłuszczone włosy, szrama na gębie, ponure spojrzenie i palce porżnięte w wielu miejscach. A przy tym raczej zwalista sylwetka. Łucznik jak malowanie, prawda?
Cóż…tak, czy owak, ów mężczyzna (dalej nazywany Obrazeczkiem), wyraźnie niezadowolony, że nie mógł wbić we mnie swojej strzały, huknął mnie pięścią w łeb. Nawet nie bolało.

Bolał mnie czerep i było mi zimno. Pod palcami czułem słomę, a węch drażniły zapachy z kąta. Słuch na razie nie miał zbyt wiele do roboty. Oczy…zapomniałem o oczach. Powoli, z namaszczeniem, je otworzyłem. Okutany w szary płaszcz człowiek stał oparty o ścianę i się na mnie gapił. Zamknąłem oczy. Otworzyłem. Nadal się gapił.
-Już rozbudzony, Glardirze? -usłyszałem znajomy głos. Taki sam jak ten, który wpędzał ludzi w płomienie. Pieprzeni Inkwizytorzy.
-Chyba nie, bo jesteś blisko mnie. -mruknąłem. Cóż…jego bliskość od długiego czasu była dla mnie niedoścignionym marzeniem.
-A ty jesteś w kajdanach. -cholera,faktycznie…nie poczułem…ale skoro się prawie nie ruszałem? -Nasze marzenia zostały spełnione. Czy ty nigdy nie zachowasz się godnie? -zapytał, słychać bylo w jego głosie nutkę żalu. I chyba tylko niego. Oczy przyzwyczaiły się do półmroku pomieszczenia… tak…to on tam stał…mijany na ulicy, niebudzący zainteresowania, widziany na dziedzińcach zamków, rynkach miast…obserwowany oczami gawiedzi, czekającej na każdy ruch, słuchającej każdego słowa…to byli Inkwizytorzy. Aktorzy i tropiciele. Widziani i ignorowani, wedle woli.
-Chcesz czegoś? -zapytałem wprost, bo przecież na to pytanie czekał.
-Dlaczego sobie nie podarujesz? Będziesz mnie ścigać do śmierci któregoś z nas, a jeśli to nie ty mnie zabijesz, to w piekłach mnie szukać będziesz? Nie masz możliwości, nie masz praw…byłeś kimś, jesteś nikim. -mówił dalej, bezczelnie ignorując moje pytanie.-A teraz cóż…nie dałeś się zabić, to gnij tutaj. Szkoda.-skończył mówić i trzykrotnie huknął pięścią w drzwi celi. Zgrzyt zamka…mocowanie się z zawiasami…jęki otwieranych, dość ciężkich, jak sądzę, drzwi. Solkenai wyszedł, pozostawiając mnie przez moment w bezgłośnym zdumieniu. Dopiero huk zamykanych…czy tylko moja wyobraźnia mi podpowiadała, ze zamykanych z satysfakcją?…drzwi wyrwał mnie ze stuporu, co zaowocowało bezwartościowym krzykiem za Inkwizytorem:
-Tylko trupy gniją! -miałem nadzieję, że nie stanie się to moim epitafium. Cóż…ale i tak nie mógłbym tego sprawdzić, prawda?
Cóż…wygladało na to, że spędzę trochę czasu w tej celi, więc można się było nieco rozjerzeć po nowym lokum…zabawne…przez pierwszych kilka tygodni uważałem to nawet za miłą odmianę od nocowania w lasach i cudzych stodołach…A potem…no cóż.
Cela była niewielka…w sam raz, żeby wyciągnąć nogi niewsadzając ich w kącik zasranej zadumy, jak po miesiacu nazwałem tamto miejsce. Było tam jakieś teoretyczne okienko, jednak pomijając już fakt, że jedynym widokiem, jaki by pokazywało była ściana, niemal pionowa, ziemi, to jeszcze było tak nieludzko brudne, że można było uznać, że w glebę jakiś dowcipniś wstawił ramy okienne. Gdyby nie to, że okienko w drzwiach celi było często uchylone, to gasnący płomyk świecy po dwóch miesiacach wywoływałby przynajmniej intensywny łzotok połączony z irytującym  wrażeniem patrzenia prosto w słońce. Drzwi celi…zabawne, ale na początku tylko na nie zwracałem uwagę. Ciężkie, wzmocnione żelazem, ze wspomnianym okienkiem i półką do podawania posiłków. A moja prycza…twarda, wąska i zimna. Czyli taka, jak wszystkie.
Jak można spędzać czas siedząc samotnie w celi? Bo, oczywiście, ulokowano mnie z dala od innych. Jakby dało sie coś słyszeć przez te ściany. Praktycznie w każdej z nich można było prowadzić licencjonowane śledztwo, a śpiący niespokojnie więzień w sąsiednim lokum był niepokojony jedynie własnymi majakami. Takie to robiono kiedyś budowle…zabawne, że kiedyś była to jedna z kuźni krasnoludzkich…ale to było jeszcze przed Goleniem. Może i krasnoludowie byli świetnymi kowalami…ale za wojaczkę się brać, mimo krzepy, nie powinni.
Tak, czy inaczej, większość dnia sobie umilałem wyobrażaniem sobie sposobów zabawienia się z Solkenaiem. W marzeniach tych prym wiodły długie, wąskie, szorstkie deseczki i rozgrzany bretnal. A kiedy te pocieszne myśli zaczynały mnie nudzić (bo dobre trzeba umieć dozować), zajmowałem się krzewieniem kultury w ponurych lochach sankryjskiego posterunku straży Hegemona.

Był raz sobie pewien łajza
Jakich w świecie jest niewielu
Poszedł  niegdyś do burdelu
Wolnych było dziewcząt trzy
Nie wziąć tylu? Toż to wstyd!

Jedna z drugą mu nie dała,
Trzecia ucha nadstawiała,
Łajza zaś sie stropił strasznie,
Strach, że harców dziś nie zacznie.

Kieskę jednak wnet pokazał,
Lagę w dłoń swą chwycił mocno,
Jedna z drugą oniemiała,
Trzecia minę ma radosną.

Gdy tym dwóch wróciła mowa,
Wartość kieski gdy poznały,
Łazja trzeciej prezentował
Skąd się w świecie dzieci brały.

…To jest tylko krótki fragment długiego utworu.W dalszej części była wzmianka o dolinie, lodowcu i powodzi, Białej Armii i ogólnie ciekawych rzeczach. Ja wszakże zapamiętałem dokładnie tylko ten fragmencik.
Względem posiłków…nasz jadłospis, bo wątpię, by mnie wyróżniano jakimś specjalnie dobrym lub złym specjałem, najprościej rzecz ujmując zawierał dwie potrawy: gotowane końskie łajno i smażone krowie placki. W każdym razie te dwa produkty przemiany materii musiały smakować bardzo podobnie do tego, czym nas raczono. Możecie sobie wyobrazić mój wygląd po pięciu miesiącach. Blady jak śmierć, chudy jak lata po Bitwie Dwunastoletniej. Ale nie wybiegajmy myślą zbyt daleko…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: