Dodaj komentarz

Zakon Wielokrotnego Zmartwychwstania- opowiadaniowy wypełniacz numero uno.

Ostrzegałem, ze będę publikować swoje wypociny z ubiegłych lat. Zacznę od jednego z moich ulubionych opowiadań, które nadziergałem. Napisane niejako na zamówienie i pewne żarty nabierają rumieńców tylko, jesli się zna mglisty kontekst atmosfery na pewnym forum, jednak starałem się, by nie rzutowało to mocno na ewentualną frajdę z czytania.

Opowiadanie opublikowałem jakieś dwa lata temu na DeviantArcie, ale jestem prawie pewien, że jest odrobinę starsze.

***

Chociaż korytarze Świątyni były jasno oświetlone, niewiele osób odczuwało przyjemność wędrując nimi. I dlaczego? Te korytarze były istną galerią sztuki, zapełnioną pracami rzeźbiarzy o bogatej wyobraźni i pewnej ręce. Malarzy o oku do barw i talencie do pędzla. Ba, sama architektura, sama konstrukcja budowli była dziełem sztuki. I mało kto ze stałych mieszkańców gigantycznego gmachu rozumiał, dlaczego przybysze nie dzielili rozkoszy spaceru po salach i pasażach. Posągi przedstawiające demony przynajmniej IV stopnia, lubieżne sukkuby o dziecinnych uśmiechach (wielu gości dopatrywało się w nich dowodów na umiejętności dwóch z Trójcy), tu i ówdzie stała statua smoka lub wysokiego mężczyzny. Te ostatnie były tak sprytnie oświetlone, nie wiadomo czy magicznie, czy zwykłą pochodnią, że odnosiło się wrażenie, jakby posąg stał w ogniu. Trójca nie rozumiała też dlaczego obrazy – te cudeńka batalistycznej gałęzi sztuki, te zachwycające szczegółami anatomii malowidła, przedstawiające to, co po bitwie zwykle działo się z przegranymi – budziły niepokój w licznych gościach i delegacjach, biedakach proszących o audiencję czy nawet, co zadziwiało najbardziej, niektórych adeptach.
Do diaska, gdyby chcieć wycenić niektóre z majstersztyków, to niejeden król musiałby oddać w zastaw całe państwo, byle mieć choćby połowę środków. Bo czyż „Zapaleńcy o poranku” pędzla mistrza Asteriosa nie warci byli najwyższej ceny? Najwięksi dyletanci doceniali perfekcjonizm mistrza, nie tylko w rysowaniu samych pali, co przecież nie było trudne. Ale czy sam fakt, że każdy z ponad czterdziestu nawleczonych, miał inny wyraz twarzy, nie był wart podziwu? Czterdzieści wyrazów cierpienia? I te płomienie, strach dotknąć płótna, bo człek zbyt mocno obawia się oparzenia. A Świątynia, pierwsza i ostatnia siedziba i ostoja Zakonu? Gmaszysko stare jak sama Śmierć… zakładając, że Śmierć narodziła się jakiś tysiąc lat temu. Dzisiaj tylko krasnoludowie pamiętali jak to było z tą budowlą. Cóż, skoro tysiąc lat to czas ich pojedynczego żywota? Skoro oni sami ją budowali?
Kroki jednego z tej godnej, a nawet czcigodnej nacji rozlegały się głośnym echem pośród tych posągów i malowideł.

-Psiakrew…otłukę do kości, kiedy wróci. Żeby zmuszać mnie, Mongwarda Kard z klanu Wargar, Kronikarza Zakonu, do takich…niewygód. I to akurat dzisiaj…że też musieli tak szybko przybyć. Tyłki im się fajczyły, czy jak? -tak, nie tylko kroki, ale również dość głośne, wypowiadane zirytowanym tonem słowa niosły się jak gmach długi i szeroki.
Tym głośniej, że głos krasnolud miał iście tubalny, sam Mongward kpił, że surmy bitewne nie były tak głośne, jak jego śpiew po kilku beczkach spirytusu. W tę, czy we wtę, musiał przejść cholerny kawał drogi od swoich kwater do sali audiencyjnej. Wyszedł pół godziny temu, będzie szedł jeszcze kwadrans, o ile coś mu nie stanie na przeszkodzie.

-Mongwardzie! Moongwaardzie! -coś. Albo ktoś. Donośny, dość niski głos przebił się przez zrzędzenie starego krasnoluda, a tupot pokracznych drewniaków okazał się głośniejszy, niż równomierne uderzenia podkutych żelazem obcasów Kardwargarowych butów.
Te dwa odgłosy upewniły go, z kim za chwilę będzie miał do czynienia. Jeszcze przed odwróceniem się, Kronikarz wiedział, kogo zobaczy. Dość wysokiego, nieco przy kości, blondyna. W binoklach. Ubranego w dziwną, fioletową szatę z rysunkami ryb. Mongward w myślach nazywał go Filetowym Magiem.

-Czego znowu? -grzeczniej niż zamierzał zapytał Kronikarz. Formalnie, to właśnie krasnolud pełnił tę funkcję, jednak Scarabinoo, rzeczony blondyn w pokracznych drewniakach, uzurpował sobie prawo do tego tytułu i przywilejów z niego płynących.
Rościł sobie wyłączne prawa do spisywania dziejów Zakonu. Może nie byłoby w tym nic dyskwalifikującego, jednak diabeł tkwi w szczegółach. Co odbierało mu w pierwszej kolejności szansę zajęcia stanowiska krasnoluda? Jego zabawa we wróżby ze wszystkiego, co sugestywnie wygląda. I jego tendencje do plecenia farmazonów o innych światach czy czymśtam. Idiotyzmy. Stosy ksiąg zapisanych „historią” z piętnastu nieistniejących uniwersów zawalały bibliotekę, czasem młodsi członkowie czytali je do poduszki, ale na pewno nie jako zbiór faktów.

-Wiesz, że ci nie pomogę. -Scarab kiedyś prosił Mongwarda o specjalne wstawiennictwo u Kapituły w sprawie Rytuału Maninego, zapewniającego zaufanym ludziom Trójcy zawsze „jeszcze jedno życie”. Cóż, od tamtej pory próbował nie irytować starego wojaka. Między innymi dlatego, że felczerki zaczęły go (Scaraba) wtedy nienawidzić. Zamiast wymieniać opinie o młodych książętach i obgadywać młodziutkie księżniczki, musiały szyć, nastawiać kości i prostować nos. Bez pomocy magii się nie obyło. Co zabawne, Filetowy nie przestawał lubić Mongwarda. Dziwak.

Mag wyszczerzył się.
-Widziałem twoją śmierć. -wyszeptał wesoło rozmówcy prosto do ucha, oprócz tej strasznej prawdy ujawniając też, czym wspierał dziś wizje. Tym razem wódka jęczmienna. Dobry rocznik, jak ocenił wyrobiony nos Mongwarda. -Jeśli wszystko pójdzie dob… -wróżbita niemal skulił się w sobie pod naporem oczu Kardwargara. -…to znaczy, jeśli wszystko przebiegnie jak w mojej wizji, to umrzesz za 671 dni, o dziesiątej.
-Podobnie ględziłeś dziesięć lat temu. Zejdź mi z oczu, kuglarzu. – krasnolud wierzył w magię. Codziennie ją widział, sam liznął to i owo z wiązania oraz uwalniania runów. Ale we wróżby i inne kabały nie wierzył. Jako krasnolud, silnie ufał w to, że to żywe istoty same tworzą swoją przyszłość, a nie podążają za jakąś linią przeznaczenia. -Nadal żyję.
-Zginiesz! Już zginąłeś, ale nie ty tylko inny ty, tym razem zginiesz ty! To będzie piękn…- przerwał. Trudno jest mówić lecąc do tyłu ze zmiażdżonymi wargami. I chyba poluzowanymi przednimi zębami. I krwawiącym nosem. Zdecydowanie trudno jest nie przerwać mówienia, kiedy krasnolud z doskoku uderza cię w twarz.
-Zejdź mi z oczu. Zacznij się przydawać. Albo osobiście cię wykopię na jeszcze bardziej zbity pysk. A co do twarzy, to wiesz, co robić. -mruknął na koniec brodacz i nie oglądając się za siebie poszedł dalej korytarzami.
To nie tak, że nie lubił Scarabinoo. Albo nim gardził. Owszem, było tak. Ale to nie miało wpływu na to, że dzięki jego pięści samozwańczy kronikarz pofrunął dwa metry do tyłu. Mongward był kimś, kogo można nazwać.. Zarządcą. Do jego obowiązków należało pilnowanie porządku w samej Świątyni i na terenach jej podległych. Dbanie o interesy Zakonu na arenie dyplomatycznej. Dowodzenie siłami zbrojnymi. I tym podobne. Bezwartościowy Scarab nie pasował mu do równania…no, może nie bezwartościowy, ale bezużyteczny.

-Zacząłby się, psiajucha, w bajkopiórka bawić, to może warto byłoby go zostawić. O ile pisałby dobrze, może Królowa by go zechciała zatrzymać. Rixa lubi czytać. -mamrotał, co chwila wypluwając z ust wąsy, które z tej irytacji aż mu się nastroszyły.
Tymczasem Filetowy Mag wstał, otrzepał się i pomasował szczękę.
-I po co tak brutalnie? I tak kiedyś umrzesz, krasnoludku. I powtórzę ci moje słowa nad twoim grobem. Jako epitafium. -wbrew pozorom, nie było to wypowiedziane z gniewem, zawiścią czy jakimkolwiek negatywnym uczuciem. Raczej nieszkodliwą wiarą we własne przekonania. A do pewnego momentu to nikomu w końcu nie szkodziło. Zwłaszcza Mongwardowi, który, co chwilę wypluwając wąsy, prawie biegł.
Tym razem wschodnią galerią. Jedynym miejscem w Świątyni, gdzie można było zobaczyć witraże. Nikt postronny nie miał pojęcia, komu chciało się tworzyć tak misterne ramki, z tyloma drobniutkimi szkiełkami. Ale efekt był powalający. Niektóre osoby, nowe w Świątyni, dziwiły się, dlaczego zamiast szyb w oknach tkwią obrazy. Nie wiadomo, czy byli na tyle głupi, by nie pamiętać, że przez deskę na przykład światło nie przechodzi, a płótno nie byłoby tak twarde. Grunt, że trafnie komentowali szczegółowość witraży. Witraży, poświęconych Kapitule. Wchodząc do galerii od południa, najpierw napotykało sie na długą serię okien dedykowanych…

…Shirze Zakath, Niszczycielce, jak nazywał ją Mongward. Urzekająca zwykłych śmiertelników sukkub o niewiarygodnym potencjale destrukcji, który dotykał często członków zgromadzenia. Chodziły słuchy, że wielu ma objawy „Shirofobii”. Absurd. Dla Mongwarda liczyło się to, że pędziła niesamowity bimber i, w przeciwieństwie do reszty Trójcy, rozmowy z nią były dość konkretne. Poza tym lubiła słuchać Kardwargarowych opowieści o dawnych wojnach, sama odwdzięczając się komicznymi historyjkami, jak to niektórzy uważali, że ona jest w głębi miła, tylko potrzeba jej uścisku, na przykład. Uczciwa wymiana.

-Hej, Mong. -niewyróżniający się niczym głos dobiegł uszu krasnoluda, który ironicznie się ukłonił.
-Hrabia O’ntzee. Witam. Jeszcze przed, czy już po? -chociaż swobodne powitanie temu przeczyć powinno, O’ntzee faktycznie był hrabią. Aktualnie administrował sporymi terenami na wschód od Seritii, regionu pod niepodzielną władzą Zakonu
-Co? A nie, przed, przed. A skoro masz im dzisiaj składać raport, to pewnie jeszcze poczekam, cholera. Mogę pójść z tobą? -był towarzyszem Niszczycielki, może dlatego sterczał w galerii jej poświęconej. Mongwardowi kojarzył się jeszcze jakiś mężczyzna, który był przed nim, ale ledwo go pamiętał (poza tym chodziły słuchy, że ten biedak tylko sobie uroił kilka rzeczy. I w końcu skończył rozrzucony, w malutkich kawałeczkach, po ogrodach przyświątynnych). Natomiast hrabiego znał względnie długo i dobrze.
-Ni ma chuja we wsi. Shira i tak ci wypapla najciekawsze kawałki. -Kardwargar wyszczerzył się do niego. Lubił faceta, pewnie dlatego pozwalał sobie na opuszczenie kurtuazji. -A jak twoje badania? Pietruszki mają się dobrze? -zapytał, popychając go lekko, żeby szedł razem z nim. O’ntzee łączył w sobie botanika i wariata. Efekty były często powalające, tym bardziej, że liznął dość magii, by móc przekształcać znane organizmy.

Minąwszy Pasaż Zniszczenia, trafili do Galerii Słodkiej Śmierci. To Rixa Stellio, dla Kronikarza- Królowa, była dominującym motywem na tym odcinku. Siostra Shiry, chociaż Mongward nie miał bladego pojęcia, jak w wypadku demonów, czy raczej demonic, działały więzy krwi. Rixa pełniła zaszczytną funkcję Rytualistki Zakonu. To dzięki niej najwierniejsi słudzy mogli przestać obawiać się śmierci, o ile przeżyli bolesny jak cholera rytuał. A krasnolud mógł czasem oderwać się od swoich zadań, żeby wypić herbatę i porozmawiać o niczym. Odprężające. Co zabawne, nijak nie przeszkadzało jej to miażdżyć każdego z osobna (i w grupkach, po dziesięciu na przykład) strażnika podczas ćwiczeń. To akurat niespecjalnie cieszyło Mongwarda, bo w żaden sposób nie mógł potem przekonać rekrutów i weteranów, że Stellio nawet on sam by nie pokonał, więc nie mają co się przygnębiać i wołać „Kobieta mnie bije!”. Taki urok. Na sukkuba mężczyzna nie poradzi. Zwłaszcza takiego, którego sam Mongward się bał.

-Co? Pietruszki? Ach, pietruszki. Nie, projekt umarł. Zesrało się, kolokwialnie rzecz ujmując. Za to zacząłem pokątnie handlować szpadlami. Przydają się do ogarniania stosów trupów.
-Graf Nosaru znowu chciał przekonać innych, że nie rządzi łagodnie?
-Nie, z nim już dawno obaliłem beczkę wina na zgodę. To pietruszki, Mongwardzie. Zmutowały, kurwy. Krwiożercze pietruszki, wyobrażasz sobie? I to jeszcze szpadlami rzygały. -chociaż hrabia wydawał się zirytowany, Mongward ze śmiechu zatoczył się na ścianę, na szczęście nie tę z witrażami, bo nie mogłoby się to dobrze skończyć.
-Ale musieliście mieć sporo zabawy, patrząc na wegetarian. To musiał być szok dla tych jełopów.
-Ubaw jak ubaw, ale się przydali. Zeżarli je wszystkie. Sałatki z nich były śmiesznie smaczne. Smakowały jak kurczak. -O’ntzee uśmiechnął się ironicznie -Wyjdź kiedyś z tych murów. Przyda ci się trochę rozrywki, Kronikarzu. -poklepał starego krasnoluda po ramieniu.
-Hrabio, mam pięćset lat, cholera. Wszędzie już byłem, wyjąwszy może elfkę…nie, nie wyjąwszy, bo nie wsadziwszy…nieważne. A na brak rozrywki z naszą kochaną Trójcą nie narzekam. Sam wiesz, jak to z nimi jest.

Hrabia pokiwał tylko głową i w niezręcznym milczeniu przeszli do najdłuższego pasażu, Drogi Odrodzenia. Za pomocą symbolicznych wizerunków, odtworzona była legenda o Fenixie taka, jaką znali Jaszczuroludzie, rasa, której przedstawicielką była Juvart. Czcigodna. Wielka Mistrzyni Zakonu. Ta, od której się cały ten bajzel, który Mongward próbował utrzymać w ryzach, zaczął. Ginęła niezliczoną ilość razy, tyle samo razy powstawała z powrotem. Może to przez te zgony była tak roztrzepana, jak ją znał ją krasnolud. Może to przez kolejne i kolejne odrodzenia była zakręcona jak spirala nienawiści Paladynów z Safitos. Nieważne, nikt, poza samym Mongwardem, który nie lubił nierozwiązanych zagadek, się nad tym nie zastanawiał. Rixa i Shira pewnie nawet nie musiały. Cała Trójca, jak było wiadome brodaczowi, znała się na długo przed zrodzeniem się potrzeby na utworzenie Zakonu. I na długo przed tym, jak krasnolud zaczął dla niego pracować.

-Tu cię zostawię, Mongwardzie. -stwierdził hrabia, gdy doszli do skrzyżowania dwóch korytarzy. -Zajrzę do mistrza Guldora. Ciekaw jestem, co porabia.
-Pewnie to co zwykle. Shira nakazała mu przerobienie kilku malowideł, by pasowały do reguły zgromadzenia. Jak ostatnio biedaka widziałem, był przemęczony, mówił, że cała noc obrabiał cztery na raz. -krótkie, lekkie wzruszenie ramionami, machnięcie ręką na pożegnanie i dalszy pół-bieg do sali audiencyjnej. Na szczęście, w tym miejscu można było skorzystać z kilku skrótów, co Mongward skwitował tylko krótkim „nareszcie, kurwa”. Cóż, lata pracy dla Kapituły nie zdołały wyplenić z niego krasnoludzkiej natury. Co czasem było przydatne.

Po krótkiej i już niczym nieprzerywanej bieganinie po plątaninie skrótów, Kronikarz znalazł się przed imponującymi wrotami sali audiencyjnej z niezbyt imponującą strażą. Tylko jeden, młody zresztą, strażnik pilnował wejścia. Cóż, miało to swoje podstawy. Po pierwsze, nikt nie byłby takim idiotą, żeby atakować Zakon a zwłaszcza Juvart, Shirę i Rixę, czy osoby z nimi bezpośrednio związane. Po drugie, wbrew pozorom, każdy strażnik mógł sobie dać radę z wieloma przeciwnikami, za co powinien dziękować Mongwardowi. Po trzecie wreszcie, to było częścią oddziaływania psychologicznego. „Jesteśmy tak silne, że nie potrzebujemy straży”. I wiecie co? To się sprawdza.
Tymczasem…
-Dostojny Mongwardzie…-młody mężczyzna ukłonił się nisko. Półpancerz lekko przy tym zazgrzytał, gdy zetknął sie z obuchem młota. -Pas ci się przekrzywił, Mistrzu. -dodał szeptem.
Krasnolud uśmiechnął się z wdzięcznością do strażnika, jednego z wielu pod jego bezpośrednią komendą. Jednego z wielu, których wyszkolił.
-Witaj, Kamat. Delegacja Zawranu nadal w środku? -zapytał, wyrównując niesforny pas swojego kontusza. Wolałby ograniczyć się do żupana, ale protokół wymagał oficjalnego stroju audiencyjnego.
Kontusz być może lepiej pasował do siwej czupryny starego brodacza, ale był niewygodny. Za to robił wrażenie. Cały czarny, wyjąwszy wyszywane srebrną nicią krasnoludzkie symbole ciasną spiralą oplatające rękawy, mające znaczenie tylko dla Kronikarza, oraz wyhaftowane na plecach ,wpisane w obręcz młot i kilof, wyraźnie symbol klanu. I wreszcie złote guzy wzdłuż zapięcia. Owinięty szerokim na łokieć śnieżnobiałym pasem, podobnie jak rękawy, z wyhaftowanymi znakami, Mongward wyglądał na godnego reprezentanta swojej rasy.

-Tak, Mistrzu. Obawiam się, że to potrwa. Kapituła… -tu strażnik wykonał na piersi dziwny gest, którzy tylko niektórzy potrafili rozpoznać jako znak pękniętego lusterka, obranego przez Juvart jako insygnia władzy -..bardzo długo przetrzymała delegatów przed wrotami, zanim pozwolono mi ich wpuścić. Nie byli zadowoleni oczekiwaniem. -Kamat roześmiał się cicho. Znał to już dobrze, chociaż na służbę wstąpił dopiero pięć lat temu. Scenariusz zawsze był taki sam.-Ale i tak skończy się tym, że „Kapituła się zastanowi”.
-Ta, wszyscy to znamy aż nazbyt dobrze. Cóż…skoro jest, jak mówisz, to do zobaczenia. Każę ci przysłać napitek. Pozdrów Artinę. -Artina, narzeczona chłopaka. To była część dowódczej strategii Mongwarda, mówiącej, „Dyscyplina będzie jak wasz ojciec, a ja jak surowa matka, kurwa wasza mać”. Coś w tym było. Krasnolud dużo wymagał od podległych mu zbrojnych, ale zginąć w świecie im nie dawał i ciekawiło go, jak sobie radzą. Dzięki temu miał hordę wiernych podkomendnych. Ludzie są prości.
-Dziękuję, dostojny Mongwardzie. -Kamat skłonił się nisko, jednak krasnoluda nie było już w jego polu widzenia, gdy się wyprostował. -Dziwna rasa, krasnoludowie. -wyszeptał pod nosem, nie wiedząc, że Kronikarz jest tuż za rogiem i obmacuje ściany, jakby nagle stracił wzrok.
-Dziesięć, piętnaście, osiemnaście….tutaj. Trzeci, szósty, dziesiąty. Mam cię. -wymamrotał z satysfakcją, po czym na wybranej cegle po lewej jej stronie wyrysował poślinionym palcem skomplikowany znak. -Harkdha burghush shirghahr. -wyszeptał tak cicho, że sam nie usłyszał, jednak znak przez moment jarzył się złotym światłem, a sekundę potem na krótką chwilę otworzyło się przejście.
Dość długą, na szczęście, chwilę, by nie musieć się nadmiernie spieszyć. Pośpiech nie był krasnoludzką rzeczą, a to i wszystkie inne przejścia były, oczywiście, krasnoludzką robotą, co sprawiało, że Mongward na samą myśl puszył się jak paw. Tym bardziej, że nawet Trójca nie była w stanie otworzyć żadnego z nich. Co niestety uprzykrzało życie jedynemu w Zakonie reprezentantowi Klanu z Cytadeli Or-Tench. I Klanów w ogóle. Niestety dla Kardwargara, był on jedynym krasnoludem pracującym dla Kapituły. Co sprawiało, że kiedy trzeba było otworzyć przejścia, musiał ganiać od Juvart do Shiry, od Shiry do Rixy, od Rixy do miejsca, w którym sam schodził do podziemi w sobie tylko znanych celach. Czemu tylko ta trójka? Bo tylko Trójca wiedziała o korytarzach.
Zwłaszcza Rixa ceniła sobie tę wiedzę, co dla brodacza wiązało się z targaniem przez zakurzone tunele hord nieprzytomnych facetów, którzy odpadli z zapasów w prywatnych jej komnatach. Do których, de facto, krasnolud miał, także poprzez ukryte przejścia, dostęp, o czym Królowa nie miała pojęcia. A tak…zabierał z korytarza tych wyczerpanych do kresu sił biedaków i wynosił do umówionych powozów na zewnątrz. Średnio ośmiu tygodniowo. Ale cóż, przynajmniej nie tracił wprawy w noszeniu ciał.
Dla Juvart to krasnoludzkie dzieło miało zgoła odmienną wartość. Ciekawiło ją połączenie mechaniki, magii i architektury. I bardzo ją irytował fakt, że Mongward odmawiał jej możliwości poznania tajemnicy za tym stojącej. Jednak coś za coś. Jako że tunele stanowiły budynek w budynku i podczas przemierzania ich można było sie natknąć na niedostępne w inny sposób sale i pomieszczenia, Wielka Mistrzyni jedno z takich miejsc zagospodarowała na eksperymentalną kuźnię.
A Shira? Ona potrzebowała tylko składziku na swój bimber. Co krasnoluda niezwykle bawiło, bo to on, a nie Niszczycielka, miał do niego stały dostęp. A zostało naukowo udowodnione, że przy zetknięciu krasnoluda i alkoholu jeden z czynników zawsze ulega anihilacji.
Krótki bieg w dół, potem łagodne wejście pod górę, trącenie dźwigni i…
-Otom jest u celu. -wyszeptał Kronikarz, wynurzając się spod cokołu, na którym stał Potrójny Tron. I jak zwykle podmuch powietrza go lekko wycofał. Nie po raz pierwszy żałował, że tuneli nie ma jak wywietrzyć. Z drugiej strony…ogrom sali audiencyjnej tak, czy inaczej dawałby takie efekty. Przejście jej normalnym, ludzkim krokiem zajmowało dobre pół godziny. Ale tylko wzdłuż. Wszerz nie zajmowało to nawet kwadransa.
-… sprawą Śmierć zbiera olbrzymie plony na naszych ziemiach, które niebawem przewyższą tragedię mieszkańców ościennych państw. Uniżenie zatem prosimy o pomoc Waszego Potrójnego Majestatu w odżegnaniu nieszczęść z naszych krain. -zbliżywszy się bardziej do wyjścia, Mongward usłyszał słowa posłańców. Mógł podejść śmiało, ponieważ tunel wychodził za, a nie przed Tronem, więc bez problemu mógł ukryć sie przed czwórką delegatów. Ale nie przed Shirą i Rixą, które zawsze wyczuwały obecność każdej osoby w pomieszczeniach i nawet krasnoludzka krew nie mogła tu pomóc.
-Siostrzyczko… -Niszczycielka za plecami Juvart trąciła lekko ramię Stellio.
-Tak, wiem. -zaczepiona zachichotała cicho. -Mondzio się zniecierpliwił. Juvart, spław ich, bo mu broda wyłysieje. -wyszeptała Królowa do ucha Wielkiej Mistrzyni. Kobieta syknęła cicho i poruszyła niespokojnie ogonem o niezwykle złożonym rysunku łuski. Już kilka razy widziała irytację Mongwarda. I nigdy nie było to miłe widowisko, nawet dla niej. Na szczęście trudno było go zirytować, łatwiej co najwyżej zniecierpliwić.
-Kapituła się zastanowi. Wezwiemy was, gdy rozpatrzymy waszą prośbę. -Czcigodna uniosła rękę, na znak, że to koniec rozmowy. Po krótkim wahaniu przywódcy, wysokiego mężczyzny o nieprzyjemnych rysach twarzy i dziwnie inteligentnych oczach, grupa złożyła niski ukłon i, z początku tyłem, potem obróciwszy sie do drzwi szybkim krokiem wyszli.
Po drodze mieli okazję ponownie podziwiać, stojaki z wyeksponowaną bronią, postumenty z rzeźbami wyobrażającymi członkinie Trójcy. Tu i ówdzie mignął cień ukrytego na ogół przed blaskiem pochodni akolity. Było ich co prawda wielu, stali co pięć metrów po obiema ścianami. Jednak większości nie sposób było zauważyć. Ubrani w ciemne szaty, bez żadnych ozdób, z kapturami zasłaniającymi twarze, wyglądali jak upiory z bajek dla dzieci. Oczywiście, tylko w tych płaszczach. Zakon dbał o swoich ludzi, więc w rzeczywistości były to silne, dobrze odżywione osoby, równie dobrze mogące stać się członkami Kowali, straży zakonnej, jak i adeptami którejś z Sióstr. Tak, czy owak, w porównaniu z jasnymi, niemalże jaskrawymi strojami posłów, wydawali się niewidoczni. Gdy odeszli już na tyle daleko, by nie słyszeć, co sie mówi przy Potrójnym Tronie, krasnolud pojawił się na widoku.

-Witam was, Trójco. Przybyłem, by zdać wam sprawę z minionego roku. -wyrecytował formułkę drętwym tonem, w międzyczasie wewnątrz-zakonnym językiem migowym dając jednemu ze służących znak, by strażnikowi zapewniono napitek. Godny, jak dwukrotnie zaznaczył.
-Witaj, Mongwardzie Kardwargar. Czekamy na raport. -zgodnie z protokołem odpowiedziała jaszczuroczłek, dając pozostałym akolitom znak, by opuścili salę, ponieważ nastąpi wymiana poufnych informacji.
Krasnolud wiedział, że żaden nie odważy się nigdzie zaczaić, by podsłuchać. Ostatni taki delikwent dostał na dziedzińcu świątynnym (na którym, de facto, można by stoczyć porządną bitwę, z kawalerią w roli głównej) specjalny kurs posłuszeństwa. Składający się z darcia pasów, nawlekania na pal, podpalania, zdzierania podeszew stóp, wydzierania paznokci i wielu innych mniej lub bardziej finezyjnych pieszczot. Po których został wyleczony, uzdrowiony, ogółem doprowadzony do porządku. Kij i marchewa, kij i marchewa. Kurs odbył się pod patronatem Shiry i Rixy, które wtedy wyczuły niedozwoloną obecność. Rzadko dawały się pobawić innym, nawet Ogniomistrz Palownik nie miał tu dużo do gadania. Sukkuby lubiły się zabawić.

-No, co tam, Mondziu? -gdy ostatni z adeptów opuścił salę (co skinieniem głowy potwierdziły obie Siostry) Juvart uśmiechnęła się do krasnoluda, który żałował, że tak bardzo lubił tę małą hordkę.
Kogo innego otłukłby przynajmniej do krwi za nazwanie go w ten sposób. Po prawdzie, to Ogniomistrz już tego doświadczył. Przed najważniejszymi osobami Zakonu. Ku przestrodze. A fakt, że potem przez pewien czas Kronikarz był w niełasce u Trójcy nie umniejszał satysfakcji starego brodacza.

-Zanim zacznę, byłbym zobowiązany, gdybyście przybliżyły mi, co zrelacjonowali Zawrańczycy. Nie chcę powtarzać tego, co już wiecie.
-Poza biadoleniem, jak im źle… -Czcigodna ziewnęła przeciągle
-…to nic ciekawego. Kilkaset trupów… -wtrąciła się Niszczycielka. Tylko po to, by Rixa jej przerwała.
-…trochę sporych pożarów. Nie wiemy, na co tak naprawdę narzekają. W Bargacie mają o wiele gorzej.
Kardwargar roześmiał się, odrobinę złośliwie.
-A wiecie, dlaczego? -kobiety pokręciły głowami -Mael spotkał Tokokamre.
-Kogo?
-Racja. Tutaj nie jest znany pod prawdziwym mianem. Ale o Dreodzie Antreorich chyba już słyszałyście? -spytał Mongward, przeglądając wyciągnięty zza pazuchy pergamin.
Shira zwróciła czarne oczy na Mongwarda.
-Antreorich? Ten pyromagus, który przerobił księstwo tego dziwaka Selaiwila na popiół? -nie dziwota, że o nim słyszała. Bądź co bądź ona była specjalistką od niszczenia, więc siłą rzeczy musiała orientować się, w kim ma konkurencję. Poza tym, magowie z wyspy Roegii (jedynego na świecie miejsca, w którym krąg ognia może funkcjonować z pełnią należnych mu przywilejów) byli naprawdę elitą niszczycieli.
-To było dawno temu, teraz by nawet popiołu nie było, ale tak, to ten sam. Tak, czy inaczej, po raz kolejny spotkał Ogniomistrza. -krasnolud wzruszył ramionami
-Po raz kolejny? Dlaczego wcześniej nikt nie przychodził na skargę? -zaciekawiła się Rixa, drapiąc się teatralnym gestem po głowie.
-Popiół nie mówi, chyba, że ty go pytasz. -wyszczerzył się Kardwargar. -To pierwszy przypadek w historii, kiedy po ich kolejnym starciu pozostał ktoś, kto byłby w stanie, lub odważyłby się, coś powiedzieć o ich wybrykach.
-Mów dalej, Mongwardzie. -Juvart umościła się wygodniej na fotelu służącym za tron. Dla niej niewygodnym, bo dostosowanym dla osób, które nie mają ogona. I mają zgoła inną budowę miednicy. Cóż. Bycie jaszczuroczłekiem miało też swoje wady, najwyraźniej.
-Wszystko zaczęło sie jakieś… pięćdziesiąt lat temu, kilka lat po tym, jak Mael otrzymał swoją funkcję…

***

-Tyś Mael, Ogniomistrz Palownik? -zapytał ciemnowłosy mężczyzna w długim brunatnym płaszczu.
-A ty jesteś Tokokamre, pyromagus? -odparł okryty skórznią blondyn.
-Nie nauczono cię, morsie, że nie jest ładnie odpowiadać pytaniem na pytanie? -głęboki głos, wydobywający się spod kapelusza o irracjonalnie szerokim rondzie zdradzał raczej rozbawienie, niż irytację.
-Tak sądzisz? Może zatem usiądziemy i omówimy tę kwestię? -zaproponował blondyn, zsiadając z karego rumaka o dziwnie zielono lśniącej sierści, uprzednio wyciągając z przewieszonej przez siodło torby ciekawie chlupoczący bukłak oraz coś przypominającego kastaniety używane przez tancerki ze wschodu.
Dziwnie jednostajnym krokiem brunet przeszedł na trawę porastającą okolice gościńca, ku zdumieniu Maela pozostawiając po sobie pas wysuszonych bądź spalonych źdźbeł.
-Tu ci pasuje? -zapytał, usunąwszy się z drogi na jakieś 30 stóp. Gdy jeździec skinął obojętnie głową, kapelusznik pstryknął palcami i opadł o kilka cali. Płaszcz także przestał sprawiać wrażenie unoszącego się.
-Więc to prawda, co mówią. Tokokamre pyromagus nie nadweręża nóg. -uśmiechnął sie szyderczo blondyn.
-Przynajmniej nie wożę dupska na zielonej chabecie. -zareplikował mag, rozpinając płaszcz i bez ceregieli upuszczajac go na ziemię. Mael mógł dzięki temu zobaczyć, że w prawej ręce mężczyzna trzyma gustowną laskę z głowicą w kształcie dłoni, między palcami której unosiła się (tak, unosiła) ognista kula, wyobrażana przez niezwykle oszlifowany rubin niespotykanych rozmiarów. -Będziesz tak stał? -spytał w końcu podróżnik, bawiąc się laską i przypadkiem podpalając pobliską chłopską chatę. -Doliczcie to do rachunku dla Herr Alphadrona z Roegii! -krzyknął do panikującego gospodarza i jego kościstej wybranki swata.
-Ta, może i racja. Ale najpierw wypadałoby się, ja wiem, oficjalnie przedstawić? -zasugerował Mael, lekko zdezorientowany rozbawioną obojętnością nieproszonego towarzysza.
-Meh. -żachnął się mag.-Jeśli trzeba. Wolfgang Tokokamre, pyromagus. Nie licz na usługi dla ciebie ani twojej rodziny, a swoje własne wsadź sobie tam gdzie pal. -ukłonił się zbyt głęboko, by ktoś mógł wziąć to na poważnie, i tak zamachał kapeluszem, że Mael poczuł lekkie podmuchy.
-Ekhm… Mael, Ogniomistrz Palownik na usługach Kapituły Zakonu Wielokrotnego Zmartwychwstania. -nie oddał ukłonu, jednak wykonał ręką skomplikowany gest, co mogło być równie dobrze powitaniem, jak i próbą zakomunikowania „To robią moje flaki, gdy na ciebie patrzę”. Niewykluczone, że obie wersje były poprawne. Gdzieś na południu za serdeczne powitanie pewien lud uznawał solidne rzygnięcie na rozmówcę, więc gest Maela nie byłby czymś szczególnym.
-Dużo o tobie słyszałem. Kłóliku. -stwierdził Wolfgang tłumiąc śmiech.
-Na pewno więcej, niż ja o tobie. -szyderczy ton Palownika nie pozostawiał żadnej nadziei na zawarcie przyjaźni. Jakby którykolwiek z nich tego chciał.
-Oh? -Tokokamre udał zaskoczenie -A może słyszałem o tobie opowieści, które bez wstydu można opowiadać między ludźmi takimi jak my? A może nie ma po prostu wielu żywych, którzy mogliby o mnie opowiadać?
-A moze po prostu nie jesteś taki wspaniały, za jakiego się uważasz? -Mael spojrzał koso na maga, wyraźnie znużony, lub zirytowany, jego słowami. Jego rozmówca tymczasem, nie zważając na nic rozłożył się bezceremonialnie na trawie i gapił w niebo.
-Pewnie. W rzeczywistości jestem jeszcze lepszy. -skwitował Tokokamre, nie sugerując żadnym gestem, by Ogniomistrz spojrzał w niebo, na którym, utworzona z pomocą różnobarwnego ognia, pojawiła się rozkoszna historyjka obrazkowa o człowieku, który przypadkiem nadział się na własny, podpalony przez życzliwego człowieka w kapeluszu, pal.
-Długo tak możesz ględzić?
-Cały dzień, czemu pytasz?
-Może zamiast zwodniczych słów, test umiejętności?
-Zabawne, że o tym wspominasz. Prawdę mówiąc, w tym celu cię szukałem. -przyznał Wolfgang, wstając powoli i odrobinę chwiejnie. Uwadze Maela nie uszedł fakt, że mag wspomagał się nieco swoją laską.
-Doprawdy? Wybornie. Jakie pan proponujesz zasady, Tokokamre?
-Co dwa lata spotykamy się w jednym z mało ważnych ksiąstewek czy małych republiczek. Takich, które nie uzyskałyby wsparcia ludzi, którzy mogliby zaszkodzić mnie lub twojemu „potężnemu” Zakonowi.
-Cel?
-A jak sądzisz? Karmienie gołębi? Ten z nas, który będzie sprawcą większego dzieła zniszczenia, staje się zwycięzcą. -mag prezentował te zasady głosem sugerującym, że każdy głupi powinien był się ich domyślić, a nie zadawać bezsensowne pytania. Uśmiechnął się lekko.
-A kto to wszystko niby oceni?
Pyromagus westchnął ciężko, dając upust swojemu rozczarowaniu.
-Na jakiej zasadzie przyjmują was do Zakonu? Kto zada więcej głupich pytań? -parsknął zirytowany, nie zważając na grymas Maela. -To oczywiste, że juryści i skarbnicy. Oni jak nikt potrafią rozeznać sie w szkodach. I, co zawsze bawi, znajdą świadków. Który z nas dostanie od nich wyższy wyrok, ten dostaje punkt.
-I tyle? -Mael uniósł brew.
-No a czego chcieć więcej, jeśli nie wioski czy dwóch, pełnej spalonych chat i żywych pochodni rozświetlających mroki nocy? -Wolfgang skrzywił się lekko. -Z tymi tylko jest taki problem, że strasznie wrzeszczą. Nie wiem, jak temu zaradzić. Nieważne. Układ pasuje?
-Pasuje. Ile razy usłyszymy wyrok? -zapytał z przekąsem Ogniomistrz.
-Dwadzieścia pięć spotkań. Nie wysilaj swego ograniczonego umysłu, przygotowałem spis.
-Plan pięćdziesięcioletni? Czemu nie. -Mael puścił obelgę mimo uszu. -Ale, tak naprawdę czemu ma to służyć?
-Dobrej zabawie? -Tokokamre podniósł płaszcz i, uprzednio otrzepawszy, zapiął pod szyją. -Poza tym mam nadzieję ci uświadomić, że możesz sobie być, Kłóliku, Palownikiem, ale od tytułu Ogniomistrza wara ci, badylu. -oznajmił wesołym tonem, szerokim gestem zakładając kapelusz. -Zobaczymy się za dwa lata, w Kirtanie. Tam też przekażę ci nazwę następnego państewka. -musnął palcami rondo swego nakrycia głowy, pstryknął palcami i unosząc się lekko nad ziemią oddalił się w stronę gościńca, a potem na zachód, na wschodzie bowiem znać już było potężną łunę bijącą od strony najbliższej większej wioski.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: