2 Komentarze

A weźcie się wy ode mnie odtańcujcie.

Do napisania tej notki zainspirował mnie piątkowy program TVNu. Że niby co? Już wyjaśniam.

Piątek, dzień na SUPERkino weekendowe na wspomnianej wcześniej stacji. Wszystko ładnie, pięknie i wesoło. Zwłaszcza, że miał być Matrix, którego chętnie bym ponownie obejrzał. Ale co się okazuje? O dwudziestej zamiast hitu braci Wachowskich, który silnie wpłynął nie tylko na kinematografię, ale także na rynek gier komputerowych (bullet time), dostajemy jakiegoś gniota o tańcu. Spoko, gdyby to był jakiś Step Up albo inne tałatajstwo, może bym to przebolał, chociaż z pewnością bym nie obejrzał. Ale nie. Godzina dwudziesta, dostajemy na twarz filmidłem o jakże oryginalnym i niesztampowym tytule „Kochaj i tańcz”. Filmidło jest polskie, co najwyraźniej pozwala mu konkurować z amerykańską superprodukcją. A co pozwala mu zwyciężyć? Dwa fakty. Tematyka, czyli taniec i miłość, oraz fakt, że produkcją zajął się TVN. Dziękuję, nie mam więcej pytań.

No dobra, mam. Do tego kilka zdań typowego zrzędzenia. Ale to w dalszej części notki.

Słowo się rzekło, baletnica u lustra, albo coś w ten deseń, więc wypada rozwinąć temat mojej awersji do tematyki tańca.

Przede wszystkim, rzygam już tymi wszystkimi programami o tańcu. Tańczono już na lodzie, tańczono z gwiazdami, potem gwiazdy oceniały, jak tańczyli inni, niedługo inni zaczna oceniać jak tańczą gwiazdy, a jedyne utalentowane osoby w Polsce to najwyraźniej tancerze i śpiewajace nastolatki. Do tego nawał filmów o tańcu, o tancerzach, o zakochanych w tańcu i tańcu zakochanych. Taniec zaczął być odmieniany przez wszystkie przypadki, szkoły tańca zaczęły odnotowywać niezłe zyski, świat zamienia się w jednego wielkiego dupochlasta (creditsy dla Ady, która podzieliła się ze mną tym uroczym terminem).

Dobra, trochę się chyba zagalopowałem, ale ta notka i tak miała dawać wyraz mojej frustracji, wiec czort z tym.

Tak, czy owak, temat jest porażajaco popularny, do tego mamy efekt jak przy skokach narciarskich, kiedy to każdy po dwóch obejrzanych zawodach nagle zaczął oceniać, co Małysz czy inny Morgenstern zrobili źle. Jak znawcy. Teraz mamy to samo z tańcem, z tą niewielką różnicą, że dupochlastwa wiecej osób chce się uczyć.

A ja nie chcę. Jestem złym Polakiem i złym odbiorcą popkultury. Parafrazując Sama L. Jacksona,

I have had it with this muthafuckin’ dance in this muthafuckin’ popculture

Do tego jeszcze moja dawno już na szczęście opuszczona klasa licealna. Trójka tancerzy, którzy na każdej cholernej przerwie musieli się popisywać. Do znudzenia. Najgorsze, ze chyba tylko mi to przeszkadzało, bo reszta była zachwycona.

No dobra, ale skąd w ogóle ten cały hate? Chyba stąd, że jak wiele rzeczy potrafię zrozumieć albo zrozumieć i zignorować, tak taniec wymyka się mojemu zrozumieniu. Nie wiem, dlaczego. Może przez swoją sztuczność i wypracowany zestaw ruchów. Ale wedle tego kryterium musiałbym nie trawić wszystkich filmów sztuk walki, które bardzo lubię. I filmów w ogóle. Może po prostu jest to forma wyrazu, która do mnie nie dociera, jak tzw. sztuka nowoczesna, kubizm i As I Lie Dying Williama Faulknera na przykład. Może dlatego, że jestem zbyt leniwy i niezgrabny i gdzieś w głębi duszy zazdroszczę tym, którzy potrafia się tak ruszać. Ale w to prawdę mówiąc wątpię. Jesli miałbym komuś zazdrościć, to ludziom od sztuk walki. Bo ich umiejętności przynajmniej się mogą do czegoś w życiu przydać, czegoś innego, niż zdobywanie popularności w programach i turniejach lub podrywanie płci przeciwnej.

To chyba jest to. Dla mnie taniec to perfekcyjnie wyuczony zestaw sztucznych ruchów, które moim zdaniem są do niczego tak naprawdę nieprzydatne poza swoją szufladką. Ktoś może odbić piłeczkę, że, dajmy na to gry RPG, gry komputerowe są jeszcze mniej przydatne i głupie. Być może. Ale nikt nie robi o nich filmów i nie nakręca sztucznie hype’u takiego, jaki dostaje właśnie taniec.

I też nie zrozumcie mnie źle, wy, którzy to czytacie. Są sceny taneczne, które mi się podobają. Chociażby ta z Maski Zorro, z Catherine Zetą-Jones i Antonio Banderasem. Świetna muzyka, widowiskowy i nie za długi taniec właściwy. Albo impreza z początków trzeciego sezonu kreskówki Avatar: the Last Airbender. Pamiętam też, że dawno temu bez większego zgrzytania zębami oglądałem Dirty Dancing. Ale ile, kurwa, można tego tańca wciskać wszędzie?

Tak, zdaję sobie sprawę, że jestem społecznym nieużytkiem, mrukiem i nieuleczalnym zrzędą, który jak nie ponarzeka porządnie przynajmniej trzy razy dziennie, to uznaje dzień za stracony. Zdaję sobie też sprawę z tego, że różne jednostki spojrzą na tę notkę i puszczą komentarz, którego forma może być różna, ale treść tylko jedna „Ale ty jesteś głupi, Mongward.”. Well, sirs and ladies, I don’t give a damnest about it.

I na koniec jeszcze:

Reklamy

2 comments on “A weźcie się wy ode mnie odtańcujcie.

  1. Dobre narzekanie nie jest złe:)
    A z tym tańcem, to po prostu jeszcze jedna moda, Właściciele szkół tańca robią kokosy na milionach sztywniaków, którzy sądzą, że nauczą się nie tylko tańczyć, ale tańczyć jak ci pokazywani w telewizji. No cóż… płonne nadzieje!
    A ja idę założyć szkołę tańca:)

  2. Heh znam Twój uraz do tańca, równo pojechałeś po filmie, który bądź co bądź jest dobry ;P ale szanuję Twoją opinię, wiedząc , że zepsuł Ci wieczór filmowy:)

    Btw, słowo „tałatajstwo” stosować powinno się w odniesieniu do grupy osób, a nie do konkretnej rzeczy. Musiałam! ^^

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: