Dodaj komentarz

40 tysięcy lat minęło…

…a Imperator wciąż ten sam.

Chwilę temu rozpocząłem wątek WarHammera 40k, w wydaniu Dark Heresy, czyli grania popierdółkami Inkwizycji. Nie będę się rozpisywać szczegółowo o podręczniku i im podobnych, tym zajął się już Qendi w swojej recenzji podręcznika podstawowego. Ja zamierzam opisać moją znajomość z systemem i co mnie w nim urzekło.

O WarHammerze 40k usłyszałem, czy raczej przeczytałem, dopiero jakieś trzy (+/- pół roku) lata temu, od znajomego, który kiedy mu się nudzi, to szuka na Lexicanum czegoś, o czym jeszcze nie wie. Krótko rzecz ujmując, uwielbia fluff czterdziestkowy. Na swój sposób się z nim zresztą zgadzam, chociaż jestem zdecydowanie bliższy entuzjaście uniwersum, niż fanatykowi takiemu jak on. Tak, czy inaczej, Dreod mnie uświadomił w kwestii istnienia takiego świata, na przestrzeni ostatnich kilku lat od czasu do czasu podrzucając mi linki do komiksów, threadów na /tg/, wpisów w Lexicanum. Najczęściej moja reakcja plasowała się między niezrozumieniem fascynacji typowym dla laika wprowadzanego na zasadzie „Ja wiem. I nie wiem, czy wiesz, ale i tak ci powiem, co wiem, bo to jest fajne i nie obchodzi mnie, jeśli nie masz bladego pojęcia, o czym ja tak właściwie pie**olę.”. Czasami, jeśli pomysł, wykonanie lub sam pomysł był uniwersalny, zrozumiały dla każdego, faktycznie, reagowałem pozytywniej. Jednak poprzez ignorowanie mojej niewiedzy na ten temat, nie potrafił mnie zainteresować, więc koniec końców on mi wysyłał linki, a ja je ignorowałem. Obie strony były zadowolone.

Ten słodki stan trwał do chwili, kiedy po raz pierwszy zagrałem w Dawn of War, genialną strategię ze stajni Relic. Pomijając przyjazny gameplay, DoW miał jedną cechę, która sprawiła, że przekonałem sie do Wh40k. Klimat. Ta gra ociekała klimatem, a słuchanie fraz poszczególnych jednostek uświadomiło mi, że czterdziestka jest naprawdę ciekawym uniwersum z masą sympatycznego orkowego gluta, na którym trzyma się warstwa fabularna. Poza tym…horda wielkich facetów w pancerzach wspomaganych, walczących mieczami łańcuchowymi z Orkami łamiącymi zasady gramatyki i elfami z kosmosu? To brzmi tak głupio, że mogło być albo denne, albo genialne. Krótko mówiąc, Better Than It Sounds. W tę czy we wtę, dzięki Dawn of War zainteresowałem się światem Nieśmiertelnego Imperatora. Potem poznałem nerda nickiem Qendi i okazało się, że czterdziestkę można naprawdę polubić, nawet, jeśli wcześniej się było nią jedynie umiarkowanie i biernie zainteresowanym, jeśli „bierne zainteresowanie” nie jest tylko jakimś poronionym semantycznie zestawieniem. A jakiś czas potem, bo dwustronnej indoktrynacji ze strony Qendiego właśnie, a także Dreoda, którego zachwycanie się czterdziestką nareszcie zaczęło mieć dla mnie jakikolwiek sens, pojawiła się okazja faktycznego zagrania w Dark Heresy. I zaczęła się prawdziwa zabawa.

A raczej, zabawa zaczęła się, kiedy granie Kapłanem Maszyny dostało bana od MG i zdałem się na ślepy los w tworzeniu nowej postaci. Jest to zresztą bardzo przyjemna cecha systemu, pozwalająca wyturlać na kostkach praktycznie całą postać, za wyjątkiem jej zachowania, manieryzmów i tym podobnych rolplejowych dupereli. Skutkiem tego turlania, powstał Mallear, Gwardzista Wysokiego Rodu z paskudną mordą. Wierzcie lub nie, ale on powstał jeszcze bardziej przypadkiem, niż cała fluffowa otoczka innej postaci, Sahida z kampanii Wilkołaka: Odrzuconych. Po prawdzie, obie postacie spaliłem w odgrywaniu, bo tandetny ze mnie gracz, ale koncepcje postaci i ich odgrywanie temat na inną notkę.

Wkrótce potem, nasza barwna drużyna zaczęła udowadniać, że „Wszelka prawda jest subiektywna” a rozkazy Lorda Inkwizytora to raczej wskazówki, niż prawa. Prawda?

Nie będę się rozpisywać o tym, co nasza banda idiotów do tej pory zniszczyła i osiągnęła. Po tym przydługim wstępie nadszedł bowiem czas na przedstawienie tego, co lubię tym systemie i uniwersum.

  • Klimat. Z jednej strony otrzymujemy twarde science-fiction z całym wagonem przyległości, czyli pancerze wspomagana, broń energetyczna, wyczesana broń na twarde pociski (Boltery! 😀 ), podróże międzyplanetarne i cyborgi w formie Kapłanów Maszyny. Z drugiej jednak, dostajemy po twarzy glutem. Jest Warp, czyli ryjący czapę szósty wymiar, który tworzy piąty i czwarty. Są psionicy, którzy najpierw naginają Warp do swoich potrzeb, a potem Warp nagina ich do swojego widzimisię, potrafiący jednak (psionicy) wyczyniać takie rzeczy, że nie dziwota, że poddawani są długiej indoktrynacji i warunkowaniu. Mamy Cthulhu w różnym wydaniu pod nazwami Chaos i Tyranidzi. Wreszcie, Era Technologii już dawno minęła, zastąpiona mieszanką religii i szamaństwa związanego z obsługą wszelkich mechanizmów. No i jest Nieśmiertelny Imperator, który pożerając hordy psioników dziennie utrzymuje wszechświat i okolice w kupie, blokując napływ sił Wielkiego Zła.
  • WarHammer jest…creepy. Technologia, jaką dysponują Kapłani Maszyny jest…ekhm, sami zobaczcie:

To jest co prawda dość skrajny przypadek Tech Priesta, jednak daje pewien pogląd, jak wyglądają nawet mnie zcyborgizowani przedstawicie tej…sekty. Wszczepy cybernetyczne wyglądają jak robione przez doktora Frankensteina z taniego horroru, a na co dzień w domach służą Servitory, czyli trupy podpięte do różnego rodzaju urządzeń mechanicznych, dostosowujących je do wykonywania szerogiej gamy zadań. Poza tym sporo mocy psionicznych funduje porządnego mindfucka, między innymi te, które niedawno wymyśliliśmy z Qendim.

  • WarHammer jest Awesome. W Dark Heresy każda postać ma predyspozycje do bycia przedstawicielem grupy Badass Normal, za wyjątkiem Psioników i Kapłanów Maszyny, którzy kwalifikują się pod Badass Abnormal.Tak, czy owak, realia czterdziestki dają tyleż możliwości do poprowadzenia horroru i thrillera, co i prawie że pulpowej przygody z niepokonaną drużyną głównych bohaterów. Do tego miecze łańcuchowe, Space Marines, oddziały zmechanizowane Gwardii Imperialnej i wiele innych rzeczy sprawiają, że mózg staje na baczność i przepija do wszystkich wznosząc toast ku chwale zajebistości.

I, koniec końców, ostatnie…

  • Dark Heresy (nie wiem, jak pozostałe settingi, Rogue Trader i Deathwatch) pozwala Ci przy którejś randze pomiatać PDFami i innymi wypierdkami lokalnych sił zbrojnych. To naprawdę fajne uczucie, kiedy obrona planetarna patrzy na Ciebie jakbyś był Komisarzem albo innym potworkiem wojskowości.

Kończę tę notkę, bo i tak urosła już zbyt długa i zbyt nudna. Na zakończenie, pointa komiksu:

Przepraszam się, za napisanie tak nudnej notki 😛 (dun, dun, dunn, foreshadowing)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: