Dodaj komentarz

Obsydianowe tablice, cz. I

Ten wpis jest początkiem i być może końcem. Początkiem nowej serii APów Exaltowych, tym razem widzianych oczami mojego Solara, za to końcem (oby jednak nie do końca…) kampanii Dragon Bloodowej.  Zapraszam do lektury.

Główny bohater: Złamany Obsydian Koware ta Kokuyoseki, Pomazaniec Słońca z Kasty Zmierzchu. Czarnoksiężnik, wojownik, pielgrzym.

***

Nie mogę powiedzieć, by dzień rozpoczął się blaskiem Słońca zaglądającym w okna mojej aktualnej siedziby, podczas gdy ze snu zbudził mnie śpiew ptaków. Czego żałowałem, bo sen tym razem był jeszcze gorszy, niż niektóre ze Starszych Wspomnień, które dręczyły mnie od kiedy zacząłem zgłębiać ścieżki czarnoksięstwa.

Nie potrafię orzec, czy był to sen proroczy, wizja przeszłości, czy jakimś sposobem zdołałem przeniknąć duchem odległości i widziałem teraźniejszość. Wiem natomiast, że bardzo żałowałem, że akurat te obrazy jawiły mi się pod powiekami. Widziałem młodą osobę, spętaną, unieruchomioną na jakimś mechanizmie z kości i czarnej stali. Wiedziałem, że znam nazwę tego stopu, ale krzyki i ból bijący od tej osoby nie pozwalały mi skupić się na prozaicznym nazewnictwie. Zwłaszcza, że chwilę potem spoza mojego pola widzenia usłyszałem głos. Spokojny, pozbawiony emocji, jak głosy Uzurpatorów wydających wyrok na kolejnego z moich Słonecznych współbraci.

-Gdzie jest Koware. -pytał głos, wyraźnie oddzielając słowa. Nie rozpoznawałem go, chociaż powinienem był, skoro pytał o mnie. Osoba, którą widziałem spojrzała na posiadacza Głosu i tonem nieznającym uległości niemalże plunęła mu w twarz.

-Nawet gdybym wiedział, i tak bym ci nie powiedział. -rzekł, a chwilę potem, co mnie zmroziło, spojrzał na mnie. Spojrzał prosto w moją stronę wąskimi, kocimi źrenicami. -Uciekaj. -usłyszałem, a chwilę przed pobudką dostrzegłem na jego czole srebrny dysk, przypominający znamię kasty Pomazańców Luny.

Nie zbudziłem się zlany potem ani z krzykiem na ustach. Zbyt wiele pamiętałem i zbyt często nawiedzały mnie sny sięgające Pierwszej Ery, bym miał tak zareagować. Oczywiście, czułem niepokój. Być może to była już paranoja, od dłuższego czasu musiałem bowiem ukrywać się przed Smoczym Gonem… Zacząłem rozmyślać o tym, co widziałem, o tym, czy znałem kogoś z obecnych we…

Złocień przypomniał mi, dźgając dziobem moje ramię, że nie obchodzą go rozterki Słonecznej Błyskawicy, bo jest głodny, więc otworzyłem mu okno i wypuściłem na polowanie. Pewnie w innych warunkach miałbym kota i nie czułbym różnicy w zachowaniu, jednak przy moim trybie życia raiton był lepszym wyborem. A Złocień był na tyle uprzejmy, by już nie próbować mnie zjeść, tak jak było na początku, kiedy złapałem go w rodzinnych stronach.

Zanim zdążyłem się pogrążyć we wspomnieniach, szybko wstałem i zacząłem się ubierać. Ta siedziba była wspaniała i bezpieczna, mimo tego, że nie wiedziałem, do kogo należała wcześniej. Widziałem zdobienia typowe dla epoki Szogunatu, ale nic poza tym. I tak dla mnie było najważniejsze, że inkluz który tworzyła był tak dobrze określony przez twórcę tego miejsca. Klucz do Mistrzostwa, jak go nazywał, sprawiał, że moje czary były mniej męczące. Zaiste, silna była domena nad którą zbudowano tę unoszącą się twierdzę.

Na bok rozmyślania, ruszyłem w stronę biblioteki, męczyła mnie myśl o tej ciemnej stali. Wiedziałem, że już kiedyś się z czymś takim spotkałem, ale nazwa umykała mojej pamięci. Miałem nadzieję, że księgozbiór tej twierdzy pomoże mi w odnalezieniu czegoś na ten temat. Miałem kawałek do przejścia zanim bdotarłem na miejsce, wiec po drodze zdążyłem po dwa razy wyrecytować w pamięci formuły Obsydianowych Motyli i Szmaragdowej Kontrmagii. Przynajmniej dzięki temu małe jest ryzyko, że zapomnę ich brzmienia. Kiedy zacząłem recytować po raz trzeci, przypomniałem sobie nazwę tamtej stali. Duszmetal.

-Oczywiście! -klepnąłem się ręką w czoło. Niezbędny element wielu machin nekrotechnicznych. Odrażający kawałek żelastwa. Nigdy nie miałem okazji go dotknąć, a przynajmniej nie pamiętałem o tym, ale sama myśl o tym, jak wiele dusz spoza Kręgu Reinkarnacji jest w nim uwięzione sprawiała, że zaczynało robić mi się zimno. Zacząłem jeszcze bardziej współczuć, i być wdzięcznym, tamtemu biedakowi torturowanemu z pomocą czegoś takiego. Pomimo tego, że w gruncie rzeczy nie miałem pojęcia o właściwościach duszmetalu. Ale tutaj w sukurs powinna przyjść biblioteka.

***

Cholera! Pomimo poszukiwań, nie znalazłem niczego wartego uwagi na temat czarnej stali. Niestety, biblioteka dawnego właściciela tego miejsca, najpewniej jakiegoś smoczego pomazańca, nie była wyposażona tak dobrze, jak akademia Sperimin na wschodzie albo księgozbiór siedziby starego Koware, zwłaszcza, że w Pierwszej Erze byłem bliższy mistrzom rzemiosła niż czystej magii. Z pewnością miałem coś o duszmetalu w zasobach.

Cóż z tego, skoro tkwiłem na południu? Po kilku nieprzewidzianych pokazach Animy ogłosiłem swoje Wyniesienie wszem i wobec. Skąd miałem od początku wiedzieć, że cokolwiek zrobię, Esencję będę czerpać zawsze w zewnątrz? Tak, czy owak, od ładnych kilku lat gram Smoczemu Gonowi na nosie. Ze stosownej odległości, rzecz jasna. A od niedawna rezyduję w tych czterech wieżach, przypominających sople lodu postawione na sztorc. Jeśli twórca miał taka samą fantazję do nazewnictwa, co do lokalizacji, to mogłem się spodziewać czegoś finezyjnego. Czego innego miałbym oczekiwaćć po twierdzy usadowionej na odwróconym do góry nogami szczycie, unoszącym się nad górą, z której go ucięto?

Dość jednak o architekturze. To i tak nie będzie mnie zajmowało przez jakiś czas. Zbyt długo tu zabawiłem. Biblioteka być może i kryła przede mną jeszcze wiele wiedzy zgromadzonej przez mędrców Uzurpatorów, jednak nie mówiła nic na tematy, których zgłębienie było dla mnie ważniejsze. A spośród wszystkich Pięciu Prób, nigdy nie poczułem, że próba Pielgrzymki się zakończyła. Zaczałem więc przygotowywać się do drogi. Na początek do Światłocienia, skąd wybiegało wiele nowych ścieżek. Choćby do Speriminu. Zawsze mnie interesował Wschód i tajemnice ukryte w tamtejszych dżunglach.

Nie mogłem jednak wyruszyć tak, jak chodziłem po tym miejscu. Szybko bym zwrócił na siebie uwagę. Przede wszystkim Cerastesem, moim mieczem. Nie była to najpiękniejsza ani najpotężniejsza orichalkowa daikatana, jaką miałem w rękach, ale wiedziałem, że nie tylko należy do mnie, ale dosłownie jest moja. Kiedy po raz pierwszy ją zobaczyłem w skarbcu tej twierdzy (zapewne łup Smoczego Gonu z którym nie wiedzieli jak sobie poradzić), poczułem, że w zamierzchłych czasach należała do dawnego Koware. Powód dla którego istniała był jednak dla mnie wciąż ukryty. Chociaż wygląd dawał mi pewne wskazówki.  Głowica była wyobrażeniem łba pustynnej rogatej żmii, z groteskowo wydłużonymi rogami, które ciągnęły się płasko po „ciele” żmii, tworząc rękojeść. W miejscu, gdzie był osadzony Klucz do Mistrzostwa rozchodziły się na boki, tworząc gardę, podczas gdy spłaszczony grawerunek wężowego ciała stał się wklęsły i ciągnął się przez niemalże całą klingę jako ozdobne zbrocze. Ostrze samo w sobie nie miało na sobie żadnych symboli, było po prostu solidnym kawałem orichalkum.

Rękojeść owinąłem skórzanym rzemieniem, aby nie zwracała uwagi, natomiast ostrze schowałem do prostackiego wręcz jaszczura, być może wystarczy. Sam wdziałem jakąś skórzaną zbroję, która w dobrym stanie zachowała się w zbrojowni twierdzy, zapewne po służbie, która musiała tu rezydować razem z władcą tego miejsca. Był to całkiem przyzwoity kawałek skóry, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że wykonany bez polotu. Krępował ruchy. Z drugiej strony nigdy nie byłem chyży niczym ostrychy, wiec niewiele ucierpiałem. Miecz zarzuciłem jak zawsze na plecy, a na to wszystko narzuciłem jakiś podniszczony płaszcz, który znalazłem w pobliżu platformy służącej do przemieszczania się na dół, na stały grunt.

Już na szczycie góry spojrzałem na poszarpane brzegi skały nade mną.

-Żegnajcie, dziwne wieże.

***
Byłem w drodze już jakiś czas. Merkury zapewne mi sprzyjała, bowiem podczas wędrówki nie napotkałem żadnych przeszkód ani niedogodności, więc coraz bardziej zbliżałem się do Światłocienia, lub, jak go dawniej nazywano, Chiaroscuro.
Znużony całodziennym marszem, zdecydowałem się odpocząć przy oczku wodnym w pobliżu głównego gościńca. Miałem już obmyć twarz, kiedy poczułem napięcie Esencji, a powierzchnia wody zaczęła się kłębić. Nie potrafiłem zidentyfikować zmiany, więc musiałem uciec się do zaklęcia, co w rejonach bardziej zaludnionych było ryzykowne. Zamknąłem oczy i zbliżyłem dłoń do zbiornika, zbierając odrobinę Esencji zgromadzonej dookoła mnie i obudziłem z jej pomocą moje Trzecie Oko, lub, jak wolały je nazywać inne Miedziane Pająki, Wszystkowidzące Oko Czarnoksiężnika. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć patosu emanującego z nazw zaklęć wszystkich Pomazańców. Zwłaszcza, że tylko garść zaklęć była przecież stworzona od podstaw przez nas. No cóż. Nie był to czas na przejmowanie się etymologią. Dzięki zaklęciu zacząłem widzieć otaczające mnie wzory Esencji, natomiast na powierzchni wody stał duszek tego miejsca, jak sądzę. Niewielki, kojarzący mi się ze skarlałymi przodkami rasy Djala.
-Czy to Ty jesteś panem Lodowej Wieży Południa? -zapytał. Więc to tak nazywała sie tamta twierdza. Ładnie.
-Jestem z nią zestrojony, jeśli o to pytasz.
-Kazała mi przekazać, że czeka na Ciebie w Węźle.-stwierdził, rzucając spłoszone spojrzenie za siebie. -Jeśli zdążysz tam dotrzeć.
-A kim „ona” jest?
Stworzenie tylko wzruszyło ramionami po czym natychmiast się zdematerializowało, zupełnie jakby przestraszyło się czegoś, co zauważyło rzucając tamto spojrzenie. Ja sam nie potrafiłem tam wyczuć niczego poza silną Esencją. I tym, że w wiosce tam będącej działo się coś złego. Gdyby nie tamten sen i ostrzeżenie ducha sprzed chwili, sprawdziłbym o co chodzi, jednak obawy istot, które wiedziały kim jestem kazały mi się zacząć szybko wynosić.
***
Skowyt szlachtowanych ludzi unosił się w powietrzu jakby dusze zmarłych błagały Lunę o pomoc, skoro nikt inny nie był gotów zatrzymać straszliwych wydarzeń. Domy wyglądały jak upiorne latarnie, bijące groźnym blaskiem płomieni ogarniających okoliczne budynki. Jakieś dziecko uciekało, jednak nie wiedzieć kiedy biegł już tylko sam korpus, przez kilka kroków, upadł, z obrzydliwym mlaśnięciem, w kałużę krwi…
Zbudziłem się natychmiast, kiedy ciało wyciągneło w moja stronę palec, oskarżycielskim gestem. Jako ku temu, kto winien być przedmurzem i ochroną dla prostego ludu. Czułem, że coś zaczynało we mnie kruszeć, jakbym tracił zdolność czucia. Czekał na mnie jeszcze znaczny odcinek wędrówki, a ostatnie wydarzenia wydawały się dodawać mi skrzydeł. Złocień patrzył na mnie oskarżycielsko, jednak nie wiedziałem, czy nie był to wzrok padlinożercy, któremu odmówiono pożywienia się na zwłokach. Szedłem dalej.

***

Po kilku tygodniach dotarłem do Światłocienia. Byłem tu już kiedyś, dawno temu, jednak od tamtej pory zdążyło sie zmienić już właściwie wszystko. Na dobrą sprawę moja pierwsza wizyta w Światłocieniu, nawet jeśli kiedyś byłem w Chiaroscuro. Dlaczego to miejsce? Było to jedno z najważniejszych miast portowych południowego Pogranicza, tłumne, tętniące Esencją, jak każde miejsce pełne życia. Mogłem sięe tu skrywać tak długo, jak nie było potrzeby używania zdolności danych mi przez Slońce. Nawet moja moc, którą mistrz Artanaes nazywał potworną nie powinna być tu bardzo wyczuwalna.

Skierowałem kroki do przytułku dla ubogich i pielgrzymów, licząc na to, że nie będę sie wyrózniać. Na szczęście długa podróż bardzo zbliżyła mnie wyglądem do tych mniej lub bardziej pokornych ludzi. Słychać było szepty, plotki. Jedni mówili o tym, jak to jedna patrycjuszka nocami nie dawała się odróżnić od ladacznic, dając poznać każdy zakątek swego ciała tym, którzy zapłacili symbolicznego obola. Inni mawiali o zamieszaniu na Błogosławionej Wyspie. Mnie jednak najbardziej zainteresowały głoszone półgłosem wieści o miastach, wyludnionych, martwych, niektórzy wręcz porównywali je do Ziem Umarłych. Kilka nazw, które padły, zabrzmiało znajomo. Przywołałem pod oczami mapę tego regionu i zmartwiałem. Te miejscowości tworzyły niemal idealnie równoległą do mojej trasy linię. Jak na szpilkach odczekałem, aż starszy człowiek, pielgrzym z Wzorca, skończy opowiadać, po czym szybkim krokiem wstałem i wyszedłem na ulicę.

-Przyjacielu, poleć na zwiad, ponad bramą którą tu przybyliśmy.-powiedziałem Złocieniowi, sam natomiast udałem się do portu, by dowiedzieć się, kiedy odpływa najbliższy statek do Węzła lub Niepozoru.
***
Raiton przyleciał bardzo szybko, po godzinie. W jego myślach ujrzałem królewskiego jaszczura z dziwną rana na pysku, zobaczyłem też jakaś kobietę. Zmierzali w stronę miasta.
Dość tego! Jeśli szukała mnie, nie mogłem już tego ignorować. Zbyt wielu ludzi przepadło tylko przez moje obawy. Jestem pieprzonym Dzieckiem Słońca! nie będę dalej uciekać.
Ukradłem szkapę sprzed jakiejś karczmy przy zachodniej bramie i pognałem na spotkanie tej kobiecie, konia zostawiłęm kilkaset metrów wcześniej, nie chciałem, by ucierpiało podczas walki. Poprawiłem płaszcz na sobie i ruszyłem w stronę, z której musiała nadjechać.
Nie myliłem się, nadjechała na czarnym jak noc rumaku o grzywie tak czerwonej, że zdawała się płonąć. Kobieta jechała po damsku, w płaszczu wyszywanym symbolami których nie znałem.
-Słyszałem, że wiele wiosek wzdłuż tej drogi przepadło, czy to prawda? -spytałem cicho, pokornie, jak pielgrzym, który wypytuje innych podróznych o bezpieczną drogę. Nie mogłem nie zauważyć olbrzymiego jaszczura człapiącego za nią.
-Być może-odrzekła
-Czy myliłbym się, zakładając, że to ty jesteś odpowiedzialna za to, co się tam zdarzyło?
-Odejdź, człowieczku, cóż mógłbyś zrobić?-spytała pogardliwie, co doprowadziło mnie na skraj i tak już wąskiego marginesu cierpliwości. Pokazałem jej znamię mojej kasty.
Więc to ty jesteś Koware, pan na Lodowej Wieży Południa.
-Tak mnie nazywają.
-To ułatwia sprawy. Mój pan, Pierwszy Samotny Lew, chce cię widzieć.
-A czego ktoś tak spaczony mógłby chcieć od Miedzianego Pająka?
-To już nie należy do moich obowiązków. Ja mam cię tylko do niego przyprowadzić. Pójdziesz po dobroci, czy mam cię zmusić?
Parsknąłem jej smiechem w twarz. Tak nisko nie upadłem, by chociaż nie spróbować walki. Nie potrafiłem machać mieczem jak Spiżowe Tygrysy, jednak to nic nie znaczyło.
-No cóż. Tego się spodziewałam. Zmęcz go. -powiedziała do jaszczura.
Bydle próbowało mnie połknąć! Mimo tego, że kazałem Złocieniowi wyłupić mu oczy, gad zdążył zahaczyć mnie zębem kiedy opuszczał paszczę. Zębem długości mojego przedramienia. Syknałem z bólu i w odwecie przygwoździłem mu łeb do ziemi. Nie trwało to jednak długo, bo chwilę później dostałem ogonem w bebechy, co odrzuciło mnie na kilka metrów. Zabolało, gdyby nie zbroja pewnie kilka żeber poszłoby w cholerę. To przelało czarę goryczy. Przymknąłem oczy i zacząłem recytować słowa przywołujące Obsydianowe Motyle, jednocześnie dłonią rysując w powietrzu symbole wymagane przez formułę. Rój kamiennych motyli skierowałem na jaszczura, ze szczerym zamiarem posiekania go na kawałki, które mógłby połknąć Złocień. Ku mojemu rozczarowniu, rój dał tylko tyle, że jaszczur się wściekł, a kobieta, która nadal mi sie nie przedstawiła, przywołała innego zwierzaczka, przed którym musiałem uskoczyć, by mnie nie połknąl. To niestety, przerwało moją koncentracje i motyle opadły na ziemię.
Nie miałem pojecia, co to było za cholerstwo, wiem tylko, ze próbowało mnie wciągnąc w lej piaskowy, który wytwarzało. Nie ze mną takie numery, zacząłem tak lawirować, aby doprowadzić go w okolice wysłanniczki. Kobieta widząc moje manewry wyciągnęła zza pleców dwa miecze, swoim wyglądem przypominające krzyże. Były wykonane z czarnej stali, z już znanego mi duszmetalu. Chciałem wykorzystać impet, więc zahaczyłem Cerastesem o poprzeczkę jednego z „krzyży” mając nadzieję na wrzucenie kobiety do zbliżajacego się leju. Moje wysiłki okazały się daremne, ponieważ kobieta bez większych problemów, za to z wyraźną gracją, wykorzystała to przeciwko mnie i nie dość, że nie straciła równowagi, to jeszcze w przelocie chlasnęła mnie przez ramię. Miałem wrażenie, jakby moja płonąca anima zniknąła w tym miejscu na chwilę, a jej miecz pociągnał ją za sobą i wchłonął w siebie. Byłem na straconej pozycji.
-Od dawna trenujesz?
-Już trochę. -odpowiedziała obojętnie.
-Jestem skłonny ulec twoim namowom.
-Schowaj broń. -powiedziała. Co miałem zrobic, wsunąłem miecz do jaszczura. Ona po chwili uczyniła to samo. Zauważyłem, że poprzeczki się składały równolegle do klingi, a w rękawach kobieta miała jeszcze podejrzane łańcuchy.
-Będę chciał obejrzeć te twoje zabaweczki.
-Być może. -skinęła na to bydlę, które chciało mnie połknąć na początku walki, coś mu wyszeptała, po czym wlazła mu na głowę. -Wejdź, złap się czegoś i trzymaj mocno.
-Nie byłoby lepiej poczekać, aż trochę przygasnę?
-Sądzisz, że ktoś stanie mu na drodze?
-Sądzę, że blask mojej Animy przyciągnie zbyt wiele uwagi. A Smocza Krew i tak mnie poszukuje.
Kobieta wzruszyła ramionami, a kiedy zobaczyła, że chwyciłem jaszczura mocno, dała mu delikatny znak i zaczęliśmy mknąć w stronę siedziby Pierwszego Samotnego Lwa.
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: